KURY „WOLNEGO WYBIEGU”

KURY „WOLNEGO WYBIEGU”

Czekałam na wschód słońca, przemarznięta, owiewana wiatrem w temperaturze kilku stopni, a tu jak na złość, wszystko pokryte mgłą. Obłoki wisiały ciężko nade mną zasłaniając wioskę oraz stożkowe chaty położone poniżej. Nadzieja, że wschód słońca okaże się niezapomnianym nie miała się spełnić. Nocowaliśmy w chatach tubylców, dość wysoko, bo na 1600 m n. p. m. w wiosce indonezyjskiej WAE REBO. Tych kilka chat tworzących wioskę znajduje się na mało znanej i nieuczęszczanej przez „turystów z zachodu” – wyspie FLORES. Mieszkańcy, zostali wygnani z wybrzeży w XVI wieku, przez napływające obce ludy wyspiarzy mórz południowych Indonezji i uciekając w głąb lądu, znaleźli bezpieczne miejsce do życia wśród wzgórz porośniętych bujnym lasem tropikalnym.

Zrobiło się parno, a po dwóch godzinach oczekiwania, słońce zaczęło przezierać przez włóczące się mgły. Dookoła rosły wysokie palmy betelowe, krzewy kawowe z zielonymi kulkami owoców, paprocie drzewiaste. Można było także wypatrzyć drzewka kakaowca. W dole mieszkańcy wioski budzili się i odziani w kolorowe, ręcznie przędzione chusty-narzuty powoli wychodzili ze swoich oryginalnych chat. Słychać było pianie kogutów wioskowych, gdakanie kur, popłakiwania niemowląt. Te chaty to właściwie sam dach, stożek schodzący aż do ziemi. Niski otwór stanowił drzwi wejściowe, a małe kwadratowe okienka wycięte były w tym stożkowym dachu, wykonanym z liści palmowych, powiązanych silnym łykiem. Lud niezależny, samowystarczalny budował i buduje nadal domy z tego, co daje otaczająca przyroda. Zostaliśmy zaproszeni przez wodza wioski, starego Thomasa do jego namiotu- szałasu, położonego centralnie. Tam odbyła się półgodzinna ceremonia powitalna, po której można było zacząć zwiedzanie, fotografowanie i „rozmowy” z kobietami jego klanu, oczywiście na migi, a także obserwować bawiące się dzieci. W jednej chacie z bambusową podłogą, która ma średnicę ok. 30 metrów mieszka kilka wielopokoleniowych rodzin z dziećmi i staruszkami. Każda rodzina zajmuje swój segment. Na ścianie wiszą najpotrzebniejsze przybory kuchenne, sita, żelazne garnki, koszyki wyplatane z liści palmowych, czerpaki z tykwy, noże, ręcznie tkane ściereczki. W chacie jest mroczno, a dym z kilku rodzinnych palenisk okopca wnętrze, ciągnąc się po ścianie pod sam sufit i dalej do otworu „kominowego”. Łazienka to obmurowane, kwadratowe pomieszczenie za domem z ujęciem wody, które tworzy miejsce do mycia i prania. Obok podobne, kucane W.C, z sączącą się wodą z rurki.

To urokliwe miejsce na większości odwiedzających robi niesamowite wrażenie. Wioska niespotykana nigdzie indziej, przez swoje odosobnienie i położenie w trudno dostępnych górach jest unikalna na skale światową, co zauważyła już organizacja UNESCO.

Wędrowaliśmy po wyspie FLORES.
Odwiedzaliśmy wygasłe wulkany, wspięliśmy się na trójszczytowy stożek z kolorowymi jeziorkam,i zajmującymi kratery wulkanu KELIMETU. Ciekawostką jest, że te jeziorka nawet trzy razy do roku potrafią zmienić kolor. Każde jest inne, zależnie od ilości gazów i stężenia siarki zawartej w wodzie. Potrafią być czerwone, granatowe i zielone, innym razem białe, czarne lub szmaragdowe. My podziwialiśmy kolory blado niebieskie, turkusowe i ciemno zielone. Wielu nierozważnych turystów straciło życie, gdy stąpając po niezabezpieczonym i kruchym obramowaniu skalnym spadło i rozpuściło się w tym złudnym kwaśnym błękicie…

Pewnego dnia zawitaliśmy w bimbrowni. Pędzi się tu alkohol z owoców specjalnej palmy, odprowadzając przedestylowany płyn rurami bambusowymi do kanistrów po… benzynie. Skosztowaliśmy tego specjału. Najlepiej oceniliśmy 50% destylat. Cały zagajnik bambusowy pachniał bimbrowym aromatem. Oglądaliśmy zabudowania tej, jakże potrzebnej w kraju muzułmańskim „fabryczki”. Należy zaznaczyć, że wyspa FLORES jest w dominującej części katolicka, na Bali wyznaje się buddyzm, a w większości pozostałych wysp Indonezji – islam. Tam też nie jada się wieprzowiny i nie pije alkoholu. Ze zdziwieniem spostrzegliśmy przywiązane sznurkiem za nogę czarne świnie i koguty. Taki tu zwyczaj, by zwierzęta domowe nie rozpełzły się po polach i zagajnikach, gdzie są narażone na ataki leśnych drapieżników, ptaków a nawet waranów. Kury wolnego wybiegu mają niecały metr wolności, tylko tyle, na ile pozwala im długość palmowego sznurka.

Warany zamieszkują archipelag KOMODO oraz inne mniejsze wyspy. Potrafią szybko pływać, ale na ogół nie oddalają się dalej niż sto metrów od brzegu. Po lądzie potrafią biec z prędkością 30-40 km/godzinę. Żywią się padliną. Są dobrymi myśliwymi. Ich łupem padają ptaki a nawet jelenie i sarny. Najpierw gryzą swoją ofiarę, a potem wpuszczają do rany zainfekowaną licznymi bakteriami ślinę, powodując sepsę. Zwierzę po kilku dniach pada, wówczas warany, mające świetny węch, szybko znajdują swoją zdobycz i ją zjadają.

Młode warany wykluwają się z jaj, złożonych w kopcach, usypanych przez inne zwierzęta, głównie ptaki, podobne do naszych kur domowych. Samica warana wykazuje się cierpliwością tylko przez trzy miesiące, doglądając jaj, potem je porzuca. Młode zaraz po wykluciu wdrapują się na palmy i tam bytują, żywiąc się ptakam, do czasu aż nie osiągną przynajmniej metra długości. Wtedy schodzą z palmy na ziemię i już nie muszą się obawiać, że zostaną zjedzone przez osobniki własnego gatunku. Rozpoczynają samodzielne życie. W lipcu i sierpniu warany mają okres godowy i są bardziej zainteresowane znalezieniem partnera w pobliskich lasach i wzgórzach niż polowaniem na turystów. Dzięki temu mogliśmy względnie bezpieczniej spacerować po lesie. Chodziliśmy prowadzeni przez czujnego tubylca, rangera, znającego zwyczaje gadów. Dwumetrowy kij rozwidlony na końcu, był zabezpieczeniem przed atakującym waranem.

Na wyspach archipelagu KOMODO rybacy sprzedają różne wyroby z muszli, miseczki wykładane macicą perłową, naszyjniki i bransoletki z pereł hodowanych w pobliskich zatokach. Perły mają nieregularne kształty, a kolory ich są zachwycające: różowe, białe, szare i nawet czarne.

Handlarze, zachwalający swoje wyroby, kręcą się po największym na wyspie FLORES mieście portowym LABUAN BAJO. Wypatrują turystów w hotelach, turystów pływających na łódkach, a nawet dopadną ich podczas kolacji przy portowym targu rybnym. Zawsze ktoś się skusi.

Wypłynęliśmy w trzydniowy rejs małym stateczkiem z pięcioosobową załogą: kapitanem, kucharzem i trzema marynarzami. Potrawy były smacznie rzyrządzone i ładnie podane. Rankiem obserwowaliśmy jak załoga łowi ryby, a już po południu mogliśmy je konsumować. Owoce zakupione na lądzie smakowały wybornie, zwłaszcza czerwony, nakrapiany pesteczkami dragon fruit. Wieczorami podziwialiśmy zachody słońca. Mijając liczne niezamieszkałe wysepki nurkowaliśmy z upodobaniem, wylegiwali na słońcu, skakali do wody z burty motorówki. Niektórym udało się dojrzeć w mrocznej toni ławice mant, co jest nie lada wyczynem. Rafy wokół wysp są bajeczne, znaczone kolorem jasnoturkusowej wody. Bogactwo ryb i roślin niebywałe. Plaże z różowym piaskiem były dla nas nie lada zaskoczeniem. Kolor bierze się od pokruszonych i rozdrobnionych falami przyboju koralowców. Raz oczom naszym ukazała się piaszczysta plaża pośrodku morza. Niesamowite wrażenie. Plaża, a wokół turkusowe morze z rafą koralową. Może za kilka tysięcy lat powstanie tu następna wyspa koralowa?

Niektóre rozrzucone falami po plażach muszle, są tak ogromne, żezmieściłoby się w nich koło ciężarówki.
Gdzie nie spojrzysz w przybrzeżnej wodzie widać rozgwiazdy, omiatane falami ławice drobnych kolorowych rybek, glony, wodorosty i cały pozostały podwodny świat, o którym marzyliśmy by go zobaczyć.
Dlatego należy marzyć, bo marzenia czasem się spełniają.

Urszula Wilczek 25.09.2019

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *