Kategoria: parerga

Pamięci zmarłych KAJMANÓW

Pamięci zmarłych KAJMANÓW

Zatrzymajmy się dzisiaj na chwilę myślą przy tych
którzy nam bliscy,
a których wśród nas dzisiaj już nie ma.

Eugeniusz Bienias (EUGENIO)
Marek Blachnicki
Róża Cichy (MATKA)
Tadziu Gauda (BULIK)
Jurek Jakubek (ŚWISTAK)
Wojtek Kossowski
Olek Kowalski (ŚWINTUCH)
Heniu Krzemiński (TELEWIZOR)
Peter Marek (SZYBKI)
Jasiu Nowak
Stasiu Płaza
Gosia Rutkiewicz (BABKA)
Marek Winiarski (KACZOR)
Andrzej Zajusz (ZAZA)

Cmentarze są z powodu CORONY teraz niedostępne. Jaskinie jednak nie.
Dzisiaj do jaskini WIKTORÓWKA zszedł Krzysiu Mazik (GLIZDA)
by przy wmurowanej tam tablicy ku pamięci MATKI
zapalić w imieniu KAJMANa świecę dla tych wszystkich,
którzy tak wcześnie odeszli z naszego grona.

01.11.2020

Zaduszki w jaskini Wiktorówka

Cmentarze w Polsce są dziś zamknięte – no i dobrze. Natomiast wejście do Wiktorówki jest tylko zasłonięte belkami żeby jakiś grzybiarz się nie wrąbał. Byliśmy tam w czwórkę dzisiaj i mogłem zapalić dwa znicze; dla Mateczki i Gucia.
Trzymajcie się zdrowo! – Wasz Maziol (GLIZDA)

Czwarta rocznica śmierci MATKI

Czwarta rocznica śmierci MATKI

26 października 2016 odeszła od nas tak cicho jak się nazywała
Róża Cichy. „MATKA”.

Ten bezszelestny krok w inną rzeczywistość wybrała tamtego
wieczoru sama
prosząc nieodstępujących ją na krok w chorobie
i opiekujących się nią; siostrę i dzieci by poszli nareszcie spać.
Chciała sama spotkać się z przeznaczeniem, które wybrała dla
siebie sama.
Szanujemy jej wybór.
Brakuje jednak nam jej uśmiechu.
Brakuje nam też jej ciepła i jej obecności tak jak może
brakować ciepła i obecności Matki.
Zapalmy dzisiaj dla niej płomyk w naszych domach.
METER
26.10.2020

Aliquid fregit

Aliquid fregit

Rex

Wizytując ścianę wschodnia naszej Ojczyzny, z ogólnie wiadomego obowiązku, bo tam mam meldunek i tam leżała moja karta do wolności, zaobserwowałem dziwną anomalię, lub zwyczajnie, jak by to powiedział Aurel, coś się zdupcyło. Ktoś czegoś nam dosypuje do mózgu albo tylko do wody!? To jest niemożliwe,
żeby człowiek z własną matką nie potrafił racjonalnie rozmawiać! Wietrzę podstęp pewnego speca od geotermalnych biznesów, a może to zwyczajne przekazy podprogowe? Sam nie wiem, a i odpowiedzi nie szukam. Jednym słowem, coś się zdupcyło.

Przy okazji przyszło mi przełknąć jeszcze jeden śliski kąsek, mianowicie wspomniana moja rodzicielka zrobiła ogórki. Miały być małosolne, a wyszły śliskie gluty. I tutaj potrzebuje diagnozy fachowca. Czy to kiepskie ogórki, czy chiński czosnek, czy sól z pod zimowych opon, a może ta zainfekowana geotermalna woda? Dzielę się z Wami tą rozterką, bo oczywiście bardziej szkoda mi mamy, a ogórki wystarczyło tylko opłukać.

A szok dopiero nastał, gdy wróciłem na Śląsk, gdzie mojej Agis karta do głosowania czekała w jej wsi i już po kilku godzinach miało być wszystko jasne.

1% co to jest? To jest przy 0,2 promila w dniu następnym dużo, zostało 0,2 promila które rano trzeba było zredukować, kac po wiejskim bimbrze minął, a z resztą trzeba będzie żyć. Ale z drugiej strony, to może i dobrze, że wreszcie nie będę mogli na nikogo innego zwalić odpowiedzialności za nadciągający upadek. I po co ja
Wam to wszystko plotę, nastały czasy, do których należy się przystosować, dlatego skoro mają już swojego sołtysa, to Nam pozostaje mieć coś własnego, a
nawet swojskiego!? Chcę ogłosić konkurs dnia drugiego, na dwie krauzy (dla Litwinów: słoiki), pierwszy dotyczy sławetnych ogórków, a drugi smalcu.

Osobiście funduje nagrodę, nic innego jak wspomniany sławetny wschodnio-polski bimber. Oczyma wyobraźni widzę zastawione stoliki turystyczne (przepraszam Glizda, za te stoliki, ale to się już chyba nie zmieni) sznitami z tłustym i łogórkami z plastikowego bukłaku na wodę, który w czasach już niestety minionych robiła nieodżałowana Matka.

Rzucam wyzwanie: która gospodyni, potrafi przyrządzić smalec z tej świni (miejsce na dowolny obrazek), a który kucharz swój ogórek wychwali (tutaj bez obrazka, zbereźniki)? Czyż nie jest to odpowiednia zachęta do wspólnego sprawdzenia smaków świata, daj Bóg spróbować kanadyjskiego smalcu, wykwintnych francuskich frykasów z wieprzowej dupy (musiałem to napisać), niemieckiego szpeku z richtich dobrym chlebem, a może ktoś jeszcze pamięta litewski chleb i ogórki z miodem. Liczę też na udział w konkursie zastępu braci myśliwskiej. A i proszę o wyrozumiałość dla wegańskiego smalcu. Mocno się rozmarzyłem i już nie mogę się doczekać Was wszystkich. Pamiętajcie: smalec i ogórki pozwolą przetrwać wszystko, pięć lat szybko minie. A nam może narodzić się nowa wspaniała tradycja dnia drugiego, bo nie ma nic lepszego na kaca, jak luft z materaca.

Pysk

ps. Gdyby brakowało pomysłu na dzień trzeci, to można sprawdzić się w robieniu nalewek, ale to może być kłopotliwe, bo jaka może być w takim konkursie nagroda? Może jakiś turystyczny respirator. W służbie zdrowia się marnują, to może w kajakach się przydadzą?

(19.07.2020)

Aliquid fregit – wydanie krytyczne

Aliquid fregit – wydanie krytyczne

Rex (z komentarzem krytycznym Metra)

Drogie KAJMANy,
(…) Przed tygodniem (19.07.2020) zaskoczony zostałem korespondencją otrzymaną w mailu od Rexa z prośbą o podanie do wiadomości ogólnej jego przemyśleń sformułowanych w formie felietonu. Ucieszyłem się niezmiernie, bo rzadko kto pisze do mnie, a tym wypadku do nas wszystkich. Z reguły sam ślęczę nad tastaturą i wystukuję do Was to co trzeba do wiadomości podać.
A tu nagle taka niespodzianka.
Artur donosi na wstępie:

Hej Andrzeju!
Mamy z Agis nadzieję, że wszystko u Was przebiega bez zakłóceń i już za dwa tygodnie się spotkamy nad brzegiem Obry?
W nocy napadła mnie pierwszy raz wena, nie wiem skąd się to bierze ale chyba to jakiś podstęp mózgu? Na mój malutki rozumek mogę to wyjaśnić książkami, które ostatnio czytam lub słucham i z lektur wnioskuję że pisać każdy może! Dlatego popełniłem coś co na własny użytek nazwałem felietonem. Jeśli uznasz że tekst nie godzi uczuć społeczności kajmanowej, a zawarta propozycja konkursu wyda Ci się warta promocji, to wypuść z Twojego maila załączony tekst.

Bimber już zarezerwowałem 🙂

Pozdrawiam

Rex

Kochani.

Zrozumiałem chyba doniosłość tego wydarzenia, t.j. faktu, że kogoś w nocy myśli napadły i zechciał do nas napisać. Podłechtany zostałem też faktem zwrócenia się do mnie w sprawie oceny wpływu wartości przemyśleń REXa na nasze kajmanowe uczucia. Otrząsnąłem się jednak z proponowanej idei przejęcia roli cenzora. Dlatego zamieszczam tekst REXa w całości będąc przekonany, że nie wpłynie on w żadnym stopniu na pogorszenie naszych gorących uczuć do nas samych. Być może wręcz je poprawi.

Wizytując ścianę wschodnia naszej Ojczyzny, z ogólnie wiadomego obowiązku, bo tam mam meldunek i tam leżała moja karta do wolności, zaobserwowałem
dziwną anomalię, lub zwyczajnie, jak by to powiedział Aurel, coś się zdupcyło. Ktoś czegoś nam dosypuje do mózgu albo tylko do wody!? To jest niemożliwe,
żeby człowiek z własną matką nie potrafił racjonalnie rozmawiać! Wietrzę podstęp pewnego speca od geotermalnych biznesów, a może to zwyczajne przekazy podprogowe? Sam nie wiem, a i odpowiedzi nie szukam. Jednym słowem, coś się zdupcyło.

Przy okazji przyszło mi przełknąć jeszcze jeden śliski kąsek, mianowicie wspomniana moja rodzicielka zrobiła ogórki. Miały być małosolne, a wyszły śliskie gluty. I tutaj potrzebuje diagnozy fachowca. Czy to kiepskie ogórki, czy chiński czosnek, czy sól z pod zimowych opon, a może ta zainfekowana geotermalna woda? Dzielę się z Wami tą rozterką, bo oczywiście bardziej szkoda mi mamy, a ogórki wystarczyło tylko opłukać.

A szok dopiero nastał, gdy wróciłem na Śląsk, gdzie mojej Agis karta do głosowania czekała w jej wsi i już po kilku godzinach miało być wszystko jasne.

1% co to jest? To jest przy 0,2 promila w dniu następnym dużo, zostało 0,2 promila które rano trzeba było zredukować, kac po wiejskim bimbrze minął, a z resztą trzeba będzie żyć. Ale z drugiej strony, to może i dobrze, że wreszcie nie będę mogli na nikogo innego zwalić odpowiedzialności za nadciągający upadek. I po co ja
Wam to wszystko plotę, nastały czasy, do których należy się przystosować, dlatego skoro mają już swojego sołtysa, to Nam pozostaje mieć coś własnego, a
nawet swojskiego!? Chcę ogłosić konkurs dnia drugiego, na dwie krauzy (dla Litwinów: słoiki), pierwszy dotyczy sławetnych ogórków, a drugi smalcu.

Osobiście funduje nagrodę, nic innego jak wspomniany sławetny wschodnio-polski bimber. Oczyma wyobraźni widzę zastawione stoliki turystyczne (przepraszam Glizda, za te stoliki, ale to się już chyba nie zmieni) sznitami z tłustym i łogórkami z plastikowego bukłaku na wodę, który w czasach już niestety minionych robiła nieodżałowana Matka.

Rzucam wyzwanie: która gospodyni, potrafi przyrządzić smalec z tej świni (miejsce na dowolny obrazek), a który kucharz swój ogórek wychwali (tutaj bez obrazka, zbereźniki)? Czyż nie jest to odpowiednia zachęta do wspólnego sprawdzenia smaków świata, daj Bóg spróbować kanadyjskiego smalcu, wykwintnych francuskich frykasów z wieprzowej dupy (musiałem to napisać), niemieckiego szpeku z richtich dobrym chlebem, a może ktoś jeszcze pamięta litewski chleb i ogórki z miodem. Liczę też na udział w konkursie zastępu braci myśliwskiej. A i proszę o wyrozumiałość dla wegańskiego smalcu. Mocno się rozmarzyłem i już nie mogę się doczekać Was wszystkich. Pamiętajcie: smalec i ogórki pozwolą przetrwać wszystko, pięć lat szybko minie. A nam może narodzić się nowa wspaniała tradycja dnia drugiego, bo nie ma nic lepszego na kaca, jak luft z materaca.

Pysk

ps. Gdyby brakowało pomysłu na dzień trzeci, to można sprawdzić się w robieniu nalewek, ale to może być kłopotliwe, bo jaka może być w takim konkursie nagroda? Może jakiś turystyczny respirator. W służbie zdrowia się marnują, to może w kajakach się przydadzą?

(19.07.2020)

Jako przyjaciel REXa, oraz doceniając jego poczucie humoru pozwoliłem sobie jednocześnie przekazać REXowi kilka moim zdaniem cennych uwag, z nadzieją, że
też nie urażę jego wrażliwości.

Zamieszczam je poniżej.


Drogi Arturze,
schlebiasz mi swoją prośbą o cenzuralne dopuszczenie Twego felietonu do mediów KAJMANA. Ty przecie REX, czyli KRÓL jesteś, a ja i my wszyscy Twoimi poddanymi. Jakże mógłbym więc sprzeciwić się woli mego Pana i Władcy na nieopublikowanie myśli Waszej Wysokości.

Nie mogę też odmówić Waszej woli i prośby dla mego spojrzenia na to, co Najjaśniejszy Pan napisał. Moje skromne poniżej zamieszczone uwagi proszę jednak do serca nie brać poważnie, bo serce Waszej Wysokości jest naszym skarbem narodowym i nadwątlenie jego nieodzownej funkcji, pozwalającej utrzymać panowanie Najjaśniejszego Pana nad naszym ludem, mogło by przynieść skutki fatalne.

Powracając do prośby Najjaśniejszego Pana, czyli oceny felietonu ręką własną Waszej Wysokości pisaną, pozwolę sobie kilka uwag uczynić, które dadzą, moim skromnym zdaniem bazę, dla utrzymania poddanych NP w dobrej kondycji psychicznej i fizycznej, zadowolenia i poczucia szczęścia, …że ich władca REX czyni dla nich wszystko co najlepsze.

W pierwszych zdaniach swej odezwy do swego ludu (felietonu) daje Wasza Wysokość upust swoim emocjom niezadowolenia z tego powodu „że coś się zdupcyło“. Moim zdaniem Wasza Wysokość jako REX i Władca nie powinien nikomu zdradzać swoich emocji. To może jedynie posłużyć rebeliantom (których teraz po lasach pełno) za dowód Najjaśniejszego Pana słabości. Zadaniem Króla jest walczyć bez frustracji do końca. Znana nam jest powszechnie znajomość obcych języków, w tym łaciny przez Waszą Wysokość. Odradzam jednak delikatnie Waszej Wysokości, który nam jako REX i Władca panuje, używanie łaciny plebejskiej w stylu „że coś się zdupcyło“. Zamiast tego bez zwątpienie zmysłowego sformułowania zachęcam zastosować formę literacką (dostępną n.p. w wyszukiwarce w GOOGLE’a) „aliquid fregit“. (Osobiście też ją tam znalazłem). Nasz lud i tak tego, co Jego Wysokość pisze nie zrozumie, …ale podziw dla Władcy pozostanie.

W sprawie ogórków i szmalcu przychylam się do propozycji Waszej Wysokości, by na OBRZE-2020 oddano szmalec zesmażany przez poddanych Waszej wysokości do Waszej oceny i Waszej nagrody, … ale może nie ten z wieprzowiny, lecz z gęsiny, bo z gęsiny lepszy. Jeśli chodzi o „Bimber”, to moim zdaniem Najjaśniejszemu Panu z ust takie słowo jak BIMBER też nie przystoi. Proponuję dla zwycięzców proponowanego przez Waszą Wysokość konkursu kilka flaszeczek Bordeaux lub Burgunda przygotować.

Mam nadzieję, że moimi uwagami, nie jako cenzor lecz przyjaciel, spełniłem oczekiwania Waszej Wysokości.

Padam do Najjaśniejszego Pana nóżek.

METER

Saarbrücken, 26.07.2020


Pamięci Piotra

Pamięci Piotra

(Poetka)

Kto nas kiedyś pozbiera
i na wyprawę zabierze
byśmy mogli jak niegdyś
spłynąć trzymając się marzeń
Jednego łódka tu

a drugiego w innym miejscu Styks przemierzy

Kto odgrzebie z pamięci
pozostawioną tabliczkę pod ziemią
rozsypany maczek napisanej książki
pękniętą strunę zakurzonej gitary
i ze strychu wytarte karty śpiewnika
biało czarne fotki te jeszcze z kliszy
szybkie zapiski z marginesów zdarzeń
niewyraźne przez mgłę opowieści
i wiersz jak pożółkły liść
w szufladzie pomiędzy starymi mapami
Kto to wszystko ogarnie
gdy nas dzień w raju zastanie
Kto nas wszystkich odnajdzie
byśmy już bez zbędnych marzeń
mogli razem płynąć rzeką radości

 

 

R.I.P.

Piter, bez Ciebie nie będzie już tak samo.
Zabraknie Twojego optymizmu,
Nieustającego uśmiechu,

dystansu do rzeczy ważnych i najważniejszych,
działań skuteczniejszych niż możliwości,
pomocnych dłoni dla wszystkich…

Żyłeś szybko, jakbyś chciał być w wielu miejscach na raz,
odszedłeś jeszcze szybciej, zbyt szybko!

Miejsce w kajaku

i niestrudzone wiosła za moimi plecami
zawsze zachowam w pamięci.
Bądź szczęśliwy tam gdzie jesteś.

 

POETKA
Regensburg, 14.02.2020

KURY „WOLNEGO WYBIEGU”

KURY „WOLNEGO WYBIEGU”

Czekałam na wschód słońca, przemarznięta, owiewana wiatrem w temperaturze kilku stopni, a tu jak na złość, wszystko pokryte mgłą. Obłoki wisiały ciężko nade mną zasłaniając wioskę oraz stożkowe chaty położone poniżej. Nadzieja, że wschód słońca okaże się niezapomnianym nie miała się spełnić. Nocowaliśmy w chatach tubylców, dość wysoko, bo na 1600 m n. p. m. w wiosce indonezyjskiej WAE REBO. Tych kilka chat tworzących wioskę znajduje się na mało znanej i nieuczęszczanej przez „turystów z zachodu” – wyspie FLORES. Mieszkańcy, zostali wygnani z wybrzeży w XVI wieku, przez napływające obce ludy wyspiarzy mórz południowych Indonezji i uciekając w głąb lądu, znaleźli bezpieczne miejsce do życia wśród wzgórz porośniętych bujnym lasem tropikalnym.

Zrobiło się parno, a po dwóch godzinach oczekiwania, słońce zaczęło przezierać przez włóczące się mgły. Dookoła rosły wysokie palmy betelowe, krzewy kawowe z zielonymi kulkami owoców, paprocie drzewiaste. Można było także wypatrzyć drzewka kakaowca. W dole mieszkańcy wioski budzili się i odziani w kolorowe, ręcznie przędzione chusty-narzuty powoli wychodzili ze swoich oryginalnych chat. Słychać było pianie kogutów wioskowych, gdakanie kur, popłakiwania niemowląt. Te chaty to właściwie sam dach, stożek schodzący aż do ziemi. Niski otwór stanowił drzwi wejściowe, a małe kwadratowe okienka wycięte były w tym stożkowym dachu, wykonanym z liści palmowych, powiązanych silnym łykiem. Lud niezależny, samowystarczalny budował i buduje nadal domy z tego, co daje otaczająca przyroda. Zostaliśmy zaproszeni przez wodza wioski, starego Thomasa do jego namiotu- szałasu, położonego centralnie. Tam odbyła się półgodzinna ceremonia powitalna, po której można było zacząć zwiedzanie, fotografowanie i „rozmowy” z kobietami jego klanu, oczywiście na migi, a także obserwować bawiące się dzieci. W jednej chacie z bambusową podłogą, która ma średnicę ok. 30 metrów mieszka kilka wielopokoleniowych rodzin z dziećmi i staruszkami. Każda rodzina zajmuje swój segment. Na ścianie wiszą najpotrzebniejsze przybory kuchenne, sita, żelazne garnki, koszyki wyplatane z liści palmowych, czerpaki z tykwy, noże, ręcznie tkane ściereczki. W chacie jest mroczno, a dym z kilku rodzinnych palenisk okopca wnętrze, ciągnąc się po ścianie pod sam sufit i dalej do otworu „kominowego”. Łazienka to obmurowane, kwadratowe pomieszczenie za domem z ujęciem wody, które tworzy miejsce do mycia i prania. Obok podobne, kucane W.C, z sączącą się wodą z rurki.

To urokliwe miejsce na większości odwiedzających robi niesamowite wrażenie. Wioska niespotykana nigdzie indziej, przez swoje odosobnienie i położenie w trudno dostępnych górach jest unikalna na skale światową, co zauważyła już organizacja UNESCO.

Wędrowaliśmy po wyspie FLORES.
Odwiedzaliśmy wygasłe wulkany, wspięliśmy się na trójszczytowy stożek z kolorowymi jeziorkam,i zajmującymi kratery wulkanu KELIMETU. Ciekawostką jest, że te jeziorka nawet trzy razy do roku potrafią zmienić kolor. Każde jest inne, zależnie od ilości gazów i stężenia siarki zawartej w wodzie. Potrafią być czerwone, granatowe i zielone, innym razem białe, czarne lub szmaragdowe. My podziwialiśmy kolory blado niebieskie, turkusowe i ciemno zielone. Wielu nierozważnych turystów straciło życie, gdy stąpając po niezabezpieczonym i kruchym obramowaniu skalnym spadło i rozpuściło się w tym złudnym kwaśnym błękicie…

Pewnego dnia zawitaliśmy w bimbrowni. Pędzi się tu alkohol z owoców specjalnej palmy, odprowadzając przedestylowany płyn rurami bambusowymi do kanistrów po… benzynie. Skosztowaliśmy tego specjału. Najlepiej oceniliśmy 50% destylat. Cały zagajnik bambusowy pachniał bimbrowym aromatem. Oglądaliśmy zabudowania tej, jakże potrzebnej w kraju muzułmańskim „fabryczki”. Należy zaznaczyć, że wyspa FLORES jest w dominującej części katolicka, na Bali wyznaje się buddyzm, a w większości pozostałych wysp Indonezji – islam. Tam też nie jada się wieprzowiny i nie pije alkoholu. Ze zdziwieniem spostrzegliśmy przywiązane sznurkiem za nogę czarne świnie i koguty. Taki tu zwyczaj, by zwierzęta domowe nie rozpełzły się po polach i zagajnikach, gdzie są narażone na ataki leśnych drapieżników, ptaków a nawet waranów. Kury wolnego wybiegu mają niecały metr wolności, tylko tyle, na ile pozwala im długość palmowego sznurka.

Warany zamieszkują archipelag KOMODO oraz inne mniejsze wyspy. Potrafią szybko pływać, ale na ogół nie oddalają się dalej niż sto metrów od brzegu. Po lądzie potrafią biec z prędkością 30-40 km/godzinę. Żywią się padliną. Są dobrymi myśliwymi. Ich łupem padają ptaki a nawet jelenie i sarny. Najpierw gryzą swoją ofiarę, a potem wpuszczają do rany zainfekowaną licznymi bakteriami ślinę, powodując sepsę. Zwierzę po kilku dniach pada, wówczas warany, mające świetny węch, szybko znajdują swoją zdobycz i ją zjadają.

Młode warany wykluwają się z jaj, złożonych w kopcach, usypanych przez inne zwierzęta, głównie ptaki, podobne do naszych kur domowych. Samica warana wykazuje się cierpliwością tylko przez trzy miesiące, doglądając jaj, potem je porzuca. Młode zaraz po wykluciu wdrapują się na palmy i tam bytują, żywiąc się ptakam, do czasu aż nie osiągną przynajmniej metra długości. Wtedy schodzą z palmy na ziemię i już nie muszą się obawiać, że zostaną zjedzone przez osobniki własnego gatunku. Rozpoczynają samodzielne życie. W lipcu i sierpniu warany mają okres godowy i są bardziej zainteresowane znalezieniem partnera w pobliskich lasach i wzgórzach niż polowaniem na turystów. Dzięki temu mogliśmy względnie bezpieczniej spacerować po lesie. Chodziliśmy prowadzeni przez czujnego tubylca, rangera, znającego zwyczaje gadów. Dwumetrowy kij rozwidlony na końcu, był zabezpieczeniem przed atakującym waranem.

Na wyspach archipelagu KOMODO rybacy sprzedają różne wyroby z muszli, miseczki wykładane macicą perłową, naszyjniki i bransoletki z pereł hodowanych w pobliskich zatokach. Perły mają nieregularne kształty, a kolory ich są zachwycające: różowe, białe, szare i nawet czarne.

Handlarze, zachwalający swoje wyroby, kręcą się po największym na wyspie FLORES mieście portowym LABUAN BAJO. Wypatrują turystów w hotelach, turystów pływających na łódkach, a nawet dopadną ich podczas kolacji przy portowym targu rybnym. Zawsze ktoś się skusi.

Wypłynęliśmy w trzydniowy rejs małym stateczkiem z pięcioosobową załogą: kapitanem, kucharzem i trzema marynarzami. Potrawy były smacznie rzyrządzone i ładnie podane. Rankiem obserwowaliśmy jak załoga łowi ryby, a już po południu mogliśmy je konsumować. Owoce zakupione na lądzie smakowały wybornie, zwłaszcza czerwony, nakrapiany pesteczkami dragon fruit. Wieczorami podziwialiśmy zachody słońca. Mijając liczne niezamieszkałe wysepki nurkowaliśmy z upodobaniem, wylegiwali na słońcu, skakali do wody z burty motorówki. Niektórym udało się dojrzeć w mrocznej toni ławice mant, co jest nie lada wyczynem. Rafy wokół wysp są bajeczne, znaczone kolorem jasnoturkusowej wody. Bogactwo ryb i roślin niebywałe. Plaże z różowym piaskiem były dla nas nie lada zaskoczeniem. Kolor bierze się od pokruszonych i rozdrobnionych falami przyboju koralowców. Raz oczom naszym ukazała się piaszczysta plaża pośrodku morza. Niesamowite wrażenie. Plaża, a wokół turkusowe morze z rafą koralową. Może za kilka tysięcy lat powstanie tu następna wyspa koralowa?

Niektóre rozrzucone falami po plażach muszle, są tak ogromne, żezmieściłoby się w nich koło ciężarówki.
Gdzie nie spojrzysz w przybrzeżnej wodzie widać rozgwiazdy, omiatane falami ławice drobnych kolorowych rybek, glony, wodorosty i cały pozostały podwodny świat, o którym marzyliśmy by go zobaczyć.
Dlatego należy marzyć, bo marzenia czasem się spełniają.

Urszula Wilczek 25.09.2019

DWADZIEŚCIA LAT OD POWROTU
LAGI WŁÓCZĘGOWSKIEJ
DO WILNA

DWADZIEŚCIA LAT OD POWROTU
LAGI WŁÓCZĘGOWSKIEJ
DO WILNA

NOTATKI Z DWÓCH DNI PODRÓŻY

01.05.2010
Z Litwy przywożę do domu zawsze czarny chleb. Jest w nim coś takiego, czego nie znajduję w innym, …w innym chlebie poza granicami tego kraju. Posmarowany masłem nie potrzebuje być oblepiany serem, pomidorem czy szynką. Smakuje naturalnością natury.
Smakuje wspaniale, bukietem prawdziwego chleba. I ci ludzie, których na Litwie spotykam są też tacy, jak ten czarny chleb. Czuję, że przynależą do ziemi, na której chleb ten wyrasta i czuję, że mają w sobie też takiego „coś“, co odróżnia ich od innych, szczególnie od tych globalizująch zjadaczy, … zjadaczy takiego chleba, …chleba który na następny dzień na kość usycha. Inność tych ludzi odbieram m.in. przez szczerość gestu ich wyciągniętej ręki na powitanie. Ta szczerość konkuruje i wygrywa zawody nawet z wylewnością. Wygrywa z wylewnością poprzez kontakt z czystością. Czystością gestu.

***

Tym razem jadę na Litwę w bardzo konkretnym celu. Jadę na spotkanie z Klubem Włóczęgów Wileńskich. Nie jestem sam. Matka (Róża Cichy), Bożena Mirek, Beata Pisarek, Mirka Tomczak, Rysiek Jama (Sarmata), Andrzej Tomczak (KosaNostra), Jurek Boczoń, Roman Mirek (Ferdynand) i Aureliusz Pisarek tworzą zespół w zespół, delegację Akademickiego Klubu Włóczęgów KAJMAN.

 

***

Wilno wita deszczem. Na ulicach centrum miasta oprócz mokrego zimna zaskakuje jednak gorąca atmosfera święta, kiedyś pierwszego maja, …teraz zamienionego na uroczystość hołdującą muzę melodii i rytmu. Z placów i z placyków, z bram domów oraz spod pasaży docierają dźwięki, naturalne i elektroniczne, popowe, ludowe, jazzowe z trąb jazgoty i perkusyjne bęki. W kakofonii wolnego powietrza skrapianego obficie przez gęste chmury na niebie, płyną na ziemi tysiące młodych ludzi gotowych do uchwycenia w ręce i w nogi rytmy i melodie.

Ulica tańczy beztroską radością dwóch dziesięcioleci swobody, zrzucając z siebie ubrania, wykrzykując okrzyki w rytm rytmów i pieśni, podobnie jak podczas karnawału w Rio. Piękny, wzruszający i porywający widok. Poruszamy się w tej atmosferze wodnego tańca i dźwięku dłuższą chwilę popołudnia, do czasu gdy nie padają słowa …„nie ma co chodzić, trzeba gdzieś iść“. Wypowiedziano je cicho, niemal niesłyszalnym szeptem, ustami formulatora złotych, niekradzionych i głębokich myśli, szanowanego ojca wszechfilozofii i wszechreligii, DalejNalejJamy. Słowa „nie ma co chodzić, trzeba gdzieś iść“ nie noszą w sobie sprzeczności. Są one wyrazem dążenia do jasności celu. Słowa te przejdą dlatego zapewne też do historii. Przejdą do historii jako historii samej w sobie, do historii Klubu Włóczęgów, do historii literatury, …a…do poezji w szczególności. W Wilnie stają się one „słowem przewodnim“. Za nimi, za tymi słowami idziemy do siedziby wileńskiego Klubu.

***

Kiedyś w latach dwudziestych i trzydziestychostatniego stulecia, w latach założycieli Klubu: „Kilometra“ (Wacława Korabiewicza), Teodora Nagórskiego („Ostatniego“), Stefana Zagórskiego („Słonia“), Józefa Wierzbickiego („Kataryniarza“) oraz historycznych postaci takich jak Czesław Miłosz („Jajo“), czy Leszek Leon Beynar (czyli Paweł Jasienica „Bachus“), Stefana Jędrychowskiego („Robespierre“), Teodora Bujnickiego („Amorka“) i inn. oraz ostatnich Wygów Włóczęgów: Tadeusza Ginko („Wałkonia“) i Edwarda Langhammera („Smętka“), siedziba Klubu znajdowała się w samym centrum Wilna. Teraz przesunięto ją tylko o kilkaset metrów na ulicę Pylimo 45/2. Różnica niewielka. Ulica Pylimo 45/2 leży nadal w historycznym centrum stolicy Litwy.

Carl Peter Fabergé produkował w swojej manufakturze w Petersburgu w latach 1885 do 1917 na zamówienie rosyjskich Carów jaja wielkanocne. Przed oknami siedziby Klubu Włóczęgów Wileńskich, siedziby nazywanej prawie oddziewięćdziesięciu lat „Jaskinią Włóczęgów“, ustawiono na historycznym placyku pomnik tego jaja, … „jaja faberge“. Można byłoby zadumać się nad tym jajem, przed tym jajem na ulicy Pylimo 45/2 stojąc. Pomalowanoje kolorowymi kolorami, spłukiwanymi teraz deszczem, tak jak czas i życie wypłukuje wydarzenia i wspomnienia.Może to tylko zbieg okoliczności, że przed Klubem Włóczęgów Wileńskich, na małym placyku należącym do historii miasta Wilna stoi pomnik jaja na pamiątkę najsłynniejszego JAJA jaki Klub Włóczęgów na świat wydał, jaja nagrodzonego najwyższą nagrodą literacką, nagrodą Nobla, t.j. Czesława Miłosza.

Przypominam sobie scenę z naszego powitaniaMiłosza na lotnisku w Warszawie w czerwcu 1981 i słowa KURDESZA, śpiewanego mu na tą okazję:

Witaj nam w Polsce kochany JAJO!
Honoriskauza niechaj Ci dają
Zostań tu duchem, zostań wierszami!
KURDESZ, KURDESZ nad KURDESZAMI

Dzisiaj jesteśmy na Litwie. Wzruszające jest to nasze spotkanie w „Jaskini Włóczęgów“ z kontynuatorami tradycji klubu w Wilnie, …z następcami Melodysty, Kilometra, Jaja, Wałkonia, Bachusa, Robiespierra, Amorka i innych.

Witają nas Julia Vasilevska, Jola Wołodko i jej siostra Ewa, Krzyś Popławski, Paweł Stefanowicz, Waldemar Borejko, Kaśka Bitowt, Simona Liscyna, Edward GriszinDaniel Vasilevski. Nie ma wśród nich pierwszego Wygi Klubu, po przekazaniu Lagi Włóczęgów do Wilna przed prawie dwudziestoma laty, Michała Kleczkowskiego („Ćwieka“).

Do Wilna jechałem z radością nadziei, że Michała spotkam. W dniu dwudziestego października tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego pierwszego roku (20.10.1991), w mieszkaniu „Kilometra“, Wacława Korabiewicza w obecności brata założyciela Akademickiego Klubu Włóczęgów Wileńskich Teodora Nagórskiego ( „Ostatniego“),…t.j. brata Teodora, Bogdana, także Włóczęgi („Melodysty“), oddałem w ręce Michała symbol naszego przetrwania, LAGę, …symbol przetrwania wszystkich pokoleń włóczęgów dotkniętych raną łamanego krzyża i gwiazdy spod ciemnej gwiazdy. Laga była zawsze, …wówczas kiedyś dla nich, pierwotnych Włóczykijów, później dla nas, ich następców, ostoją, wiarą i nadzieją na czas normalności ludzkich uczuć i pragnień życia, pragnień do swobodnego dotyku do dobra i do zła. Michała Kleczkowskiego tym razem w Wilnie nie spokałem, ale stanąłem „twarzą w twarz“ przed jego następcami, ludźmi bardzo młodymi do których rąk trafił los historii Klubu Włóczęgów i historii LAGI w Wilnie. Wszyscy oni są wspaniali.

Jula Vasilewska jest na co dzień prawnikiem. To jej zawdzięczamy kontakt między nami. Nazywamy ją „Pani Minister Spraw Zagranicznych Klubu Włóczęgów i Litwy“. Przez lata naszych kontaktów okazała się wspaniałym organizatorem, „skrzynką kontaktową“, Jest atrakcyjną, młodą, mądrą kobietą, której urokom nawet bogobojny DalejNalejJama oprzeć się nie mógłby.

Jola Wołodko, przed dwoma laty jeszcze pełniącą funkcję Wygi klubu, pracuje w firmie logistycznej. Jola jest w stanie zabić każdego serią karabinu maszynowego swoich słów, wypowiadanych piękną polszczyzną, z temperamentem wulkanu i płentą skłaniającą do refleksji.

Krzyś Popławski to typ refleksyjny, pełen ciepła i zamiarów do spełnienia. Pracuje w firmie ojca jako dekarz i studiuje. Nie mówi długo nic, ale jak powie, to trafia w dziesiątkę, …trafia w serce, kulą wystrzeloną z serca.

Kaśka Bitowt to objawienie nie od dzisiaj. Kaśka bierze do rąk czarną gitarę. Gitara większa od Kaśki. Gitara wstaje z Kaśką z podłogi pomieszczenia Klubu Włóczęgów w Wilnie na ulicy Pylimo 45/2. Na podłodze rozłożono śpiwory z braku wygodnej, miekkiej kanapy, którą przeniesiono przed kilkoma dniami na wystawę Klubu Włóczęgów Wileńskich do Domu Polskiego na ulicę Naugarduko 7. Na ulicy Pylimo 45/2 pozostawiono jednak dwa fotele. Siedzi na nich diesięcioosobowa delegacja Akademickiego Klubu Włóczęgów KAJMAN wpatrując się w Kaśkę.

Na śpiworach rozłożonych na podłodze siedzą gospodarze. Kaśka uderza w struny. Simona Lisicyna trzyma w ręce małą, archaiczną książeczkę przed oczyma Kaśki. Kaśka uderza coraz mocniej w struny.

Kaśka śpiewa, śpiewa, śpiewa poezje Marii Konopnickej szukając bezbłędnie słów w małej, archaicznej ksiażeczce trzymanej przez Simonę. To słowa wierszy „Wy co zastygłą…“ i „Pójdę ja w lasy..“ Kaśka wśpiewuje do nich kompozycje własnych melodii i ożywia je własną doskonałą interpretacją. I wilgotnieją oczy po słowach:

Gdzie duch wasz? w jaką miłość, w jakie ideały
wcielił się ten najświętszy płomień życia biały?
Gdzie cel jasny, podniosły i wysiłków godny, 
dla jutra płodny? 

Gdzie ujście dla sił waszych? u jakiego zdroju
niezbite wasze czoła i usta wśród znoju?
Jakie hasło wam wrzawą powszednią przygłusza,
gdzie wasza dusza ?

Kaśka siada wśród hucznych braw na podłodze. gdzie wasza dusza ? Słowa wykrzyczane z niezwykłą ekspresją wirują w powietrzu. Brawa biją, brawa.. Brawa, dla Kaśki, dla skromnej właścicielki niepospolitego muzycznego talentu.

Dwa metry od dwóch foteli na których rozsiadła się diesięcioosobowa delegacja Akademickiego Klubu Włóczęgów KAJMAN wpatrując się w Kaśkę znajduje się ściana. Ściana „Jaskini Wlóczęgów“ w Wilnie. Ściana ta oddaje nastrój młodego pokolenia tego miasta.

Juliana Žamoit, przyjaciółka Juli, wykorzystała swoje umiejętności i ofiarowaną jej swobodę w wyborze tematu i zamalowała tę ścianę freskiem. Na próżno szukać na nim hufców zbrojnych i narodowego cierpienia. Ściana ta jak lustro odbija radość życia w nowym historycznym porządku. Chodzą po niej młode, atrakcyjne kobiety dwudziestego pierwszego wieku i szukający je wzrokiem przystojni mężczyźni, jeden o mądrej twarzy pod okularami i pod krawatem, drugi playboyowaty w jeansach, na luzie i ze złotym łańcuchem na szyi oraz z kapturem z uszami na głowie. Trzeci patrzy na tę grę płci z dystansu jak fotograf, czując dobrą zabawę. Kobiety i mężczyźni spacerują wśród usuniętych na margines, starych i nowych architektonicznych budowli tego miasta. Wszystkie miasta na świecie są przecież takie same. Zawsze noszą na sobie stare i nowe poukładane w różne figury kamienie. Teraz to żywy młody i dynamiczny element, człowiek, …człowiek pełen fantazji, jest w nich centralną figurą. Do wielu innych symboli swego czasu domalowała Juliana, jakby mimowoli, pajęczynę, oznakę niebezpieczeństwa i wiszącą na dwóch palcach jednej ręki, tak jak alpinista nad przepaścią postać, jakby niechcianego dziecka, potomka tego radosnego pokolenia. Niezwykła w wymowie jest przez swoją symbolikę ściana „Jaskini Wlóczęgów“ autorstwa Juliany Žamoit.

Ściana ta nie może zostać nigdy zamalowana, zniszczona, bo należy ona już dzisiaj do historii kultury miasta Wilna, …być może tak jak słynny obraz Pabla Picasso GUERNICA. W przyszłości „Jaskinia włóczęgów“ zamieniona zostanie na pewno na salę muzealną i sprzedawane będą tutaj bilety odwiedzającym ją koneserom sztuki.

Konrastem dla tej perspektywy radości ludzi wędrujących na ścianie i tych siedzących po dnią i przed nami w „Jaskini Włóczęgów“, na rozłożonych na podłodze śpiworach, są nasze wspomnienia z historii klubu lat początkowych i późniejszych, szczególnie dotyczące przeżyć tych włóczęgów, którzy bezpośrednio zetknęli się z innym światem, światem przeszłości, takim próbującym ograniczać swobody dostępu do świeżego powietrza. Nasi gospodarze wyłuchują tych wspomnień z uprzejmym zainteresowaniem.

Paweł Stefanowicz rejestruje wszystkie, wspólnie spędzone chwile na taśmie fotograficznej. Paweł jest bardzo uważnym obserwatorem i w duszy artystą. Wilno zawdzięcza mu m.in. bardzo interesujące filmy reklamowe, zestawione z kilku tysięcy pojedyńczych fotografii, do obejrzenia pod adresami:

http://www.youtube.com/watch?v=dRykCt9NzHE
oraz
http://www.youtube.com/watch?v=BmuVN458oVw

Paweł zatrzymuje w swoich pracach sekundy wydarzeń swego miasta i Klubu Włóczęgów. Jego dokumenty trafiają też często do wileńskich gazet. Nam opowiada Paweł o groźbie zamykania polskich szkół na Litwie i ustawie zabraniającej używania polskich nazwisk w kraju, który jako jeden z najmłodszych dzieci przyjęty został w ramiona wolnej, wyzwolonej ze wszystkich nacjonalistycznych uprzedzeń Europy.

Waldemar Borejko jest zawodowym żołnierzem litewskiej armii. Pracuje w Ministerstwie Obrony Litwy by sfinansować swoje cywilne studia na Uniwersytecie Wileńskim. Studiuje geografię nie po to by zostać generałem czy nawet zwykłym oficerem. 17 Uczy się by jako zwykły żołnierz, zwykłym nie pozostać, lecz zdobyć narzędzia pozwalające mu lepiej rozumieć świat i ludzi. Wspaniały, odważny facet. Odwagę Waldka i otwartość na każdy rodzaj ryzyka poznaliśmy przed prawie trzema laty. Razem z Krzysiem wybrał się on wówczas piechotą przez przepastne litewskie bory i lasy, bez kompasu i GPSu na spotkanie Kajmanów płynących gdzieś po Ziemianie. Spali na mchu, pod drzewami, zanim do Kajmanów dotarli. Waldek chce kiedyś pojechać jako żołnierz do Afganistanu, ale nie dla idei czy dla pieniędzy, tylko po to by poznać życie i ludzi w tym kraju.

Późnym wieczorem opuszczamy „Jaskinię Włóczęgów“ by zjeść wspólną kolację w restauracji KAJMAS. Towarzyszą nam wszyscy gospodarze. Wśród nich Edward GriszinDaniel Vasilewski. Obaj niedługo zdawać będą maturę. Edward chce studiować medycynę, Daniel pragnie zostać słynnym kucharzem. Daniel już teraz gotuje wspaniale. Oprócz tego jest muzycznie utalentowany. 18 Razem z Kaśką koncertowali dzisiaj na scenach mokrego ulicznego, wileńskiego festiwalu. Muzyczne talenty Edwarda pozostaną też na zawsze w mojej pamięci jako niezwykły epizod zarejestrowany z kajaka na rzece Wilii. Edward z Krzysiem płynęli wówczas kilkadziesiąt metrów przede mną szerokim, pofałdowanym falami uskokiem rzeki. Wiatr zacinał w pysk, czyli „w mordę“, prosto i niemiło. Słońce przykrywały gęste chmury. W pewnej chwili wiatr przynióśł do mnie słowa śpiewanej przez nich po polsku, nie po litewsku piosenki:„ O Boże jaki piękny podarowałeś mi dzień“ – śpiewali wykrzykując i zagłuszając wiatr oraz szum rzeki,…Edward i Krzysiu.

Kiedy poznałem Daniela i Edwarda, przed wieloma laty na obchodach trzydziestopięciolecia Kajmana w Wiśle, byli jeszcze dziećmi. Teraz to przystojni mężczyźni, zdyscyplinowani świadością celu do którego dążą i dbający o performance w stylu, „super cool“, jako „main stream“ swego pokolenia. To pokolenie młodych i urodzonych na Litwie ludzi, z którymi się zetknęliśmy, jest fascynujące. Siedzieliśmy kiedyś razem, przed dwoma laty, w 19 tym samym gronie pod parasolami jakiejś knajpy na krakowskim rynku. Może nie w tym samym,… może siedzieliśmy w gronie trochę większym, bo byli wśród nas jeszcze Rima Januskaje, Vicky Lapszewic, Ernest Tylingo, Patrycja Komosa i inni. Przygodny obserwator dostał by chyba kociokwiku, czyli zawrotu głowy, starając się odgadnąć z jakiego kraju ci młodzi ludzie pochodzą. Młodzi w rozmowie ze sobą używają perfekcyjnie czterech językow. Jak żongler na cyrkowej scenie przechodzą w połowie polskiego zdania na język angielski lub rosyjski. Nawet kłócąc się między sobą tylko z rzadka wtrącają litewskie słowa.

Vicky po maturze wyjechała przed kilkoma miesiącami do Londynu. Pracuje tam w sklepie z ciuchami jako ekspedientka, by zarobić pieniądze na wymarzone studia aktorskie w Bawarii lub w Paryżu. Rima pracuje w firmie logistycznej w Wilnie. Obie i Rima i Vicky nie wierzą w ziemię posypywaną manną z nieba. Ernest i Patrycja uczą się jeszcze pilnie z litewskiej czytanki. Nie wierzą w mannę spadającą z nieba wszyscy ci młodzi ludzie, których poznaliśmy na Litwie.

***

W restauracji KAJMAS, gdzie docieramy późną porą zaskakuje gości z KAJMANA widok LAGI. Nasza, teraz już wspólna, przekazana przez nas do Wilna przed dwudziestoma laty, obecnie prawie dziewięćdziesięcioletnia staruszka, „nasza LAGA“ stoi n a g a . Stoi tak jak Pan Bóg i człowiek ją stworzył t.j.bez okrywających jej smukłe wdzięki „Sznurów Braterstwa“. Stoi oparta o betonowy słup, piwnicy nowej, na staro stylizowanej restauracji, zarezerwowanego pomieszczenia tylko dla nas, tylko na to spotkanie, w centrum miasta Wilna, stoi zawstydzona, nie mogąc ukryć swej nagości.

Nie pytamy gdzie podziały się „Sznury“, by nie urazić gościnności gospodarzy, bo cieszy sam widok starej przyjaciółki, ale na usta cisną się słowa „gdzie do jasnej cholery zniknęły te sznury za które ciągnęli łączące historię tego co było kiedyś i co jest dzisiaj Ostatni, Kilometr, Jajo, Robespiere,Melodysta, Wałkoń …i my w latach siedemdzesiątych i osiemdziesiątych “. Na niezadane pytanie nie można jednak oczekiwać odpowiedzi.

Siedzimy przy jednym stole. Czekamy na barszcz, na cepeliny, na bliny. Podane nie smakują do czasu kiedy ktoś nie zdradzi tajemnicy, że LAGA ze sznurami stać będzie przed ołtarzem Kościoła Dominikanów, jurto rano o godzinie dziewiątej. Szykuje się utrzymywana w tajemnicy niespodzianka. Po tych słowach smakują i barszcz i cepeliny i bliny. Atmosfera spotkania robi się na nowo serdeczna.

Simola Liscyna opowiada o tym jak zdała maturę i poszła na studia politologii nie z wyboru, lecz ze świadomości konieczności studiowania, by zastanowić się czego chce uczyć się na prawdę w przyszłości. Simona wie, że nie można marnować czasu.

Kaśka mowi o planach studiów muzycznych w Szkocji i obawach przed wynikami konkursu poezji Marii Konopnickej, losie jej występu 27.05.10 w Domu Polskim. Edward siedzi zamyślony. Obok niego Daniel wybijający palcami na stole rytmy, chyba rytmy serc spotykających się przyjaciół z Polski i z Litwy.

Gdy otwierają się drzwi, przechodzą przez próg młode, atrakcyjne, blondynki, kelnerki, ubrane na biało i czerwono. Naszych kulinarnych zamówień składanych w języku tych dwóch kolorów, blondynki jednak nie rozumieją. Julia tłumaczy na język litewski.

Przed północą staje w drzwiach Waldemar Szełkowski „Jeżyk“, człowiek bardzo wesoły, dla Klubu bardzo zasłużony ale niezwykle skromny, trzeci z rzędu Wyga Wileńskiego Klubu Włóczęgów po 1991 roku, oraz autor najważniejszej do tej pory, obok historyka Aleksandra Srebrakowskiego z Wrocławia, pracy naukowej na temat losów Klubu Włóczęgów. Z „Jeżykiem“ wpadamy sobie w ramiona. W KAJMASIE rozpoczyna się noc Włóczęgów. „Jeżyk“ opowiada o tym jak powstawała jego książka „Klub Włóczęgów Wileńskich“i gdzie zbierał do niej materiały źródłowe. Wspomina o swoich podróżach po świecie, z których w Wileńskim Kurierze zamieszczano jego reportaże.

Wszyscy opowiadamy sobie na przemian anegdoty z historii klubów w Polsce i na Litwie. Czytane są erotyki i inne wiersze Wacława Korabiewicza.

Noc w KAJMASIE kończy skromna uroczystość mianowania Noworodków: Miry Tomczak, której nadano historyczne imię „Łazanka“Beaty Pisarek, przyjętej do nowonarodzonych pod imieniem „Stokrotka“. Po trzydziestu latach doczekał się tytułu Włóczęgi również Aureliusz Pisarek. Zaszczyt ten odebrał wraz z klubowym imieniem „Naturell“.

Nadanie klubowych godności i imion, właśnie tutaj w Wilnie, w miejcu narodzenia Klubu Włóczęgów w obecności przyjaciół z Litwy, oraz po dwudziestu latach od rozstania się z naszą staruszką, Włóczęgowską LAGĄ, teraz znowu w jej towarzystwie, jest bardzo wzruszającym momentem.

***

02.05.2010

W Wilnie dzwonią dzisiaj dzwony prawie czterdziestu kościołów. Dla władzy poprzedniej epoki historycznej było ich o czterdzieści za dużo, więc większość z nich zamknięto, zamieniono na magazyny, pozwalając na rabunek ich mienia i zniszczenie przez człowieka i siły natury. Jeden z tych kościołów zaadaptowano nawet na do dzisiaj funkcjonujące więzienie. Niszczycielska energia obcego kulturze pokoleń systemu nie znała hamulców szacunku dla historii. Od dwudziestu lat stare kościoły Wilna, przeżywają swój drugi renesans. Tak jak inne historyczne budowle w tym mieście są teraz pieczołowicie restaurowane odzyskując na nowo stare piękno.

To nieprawdopodobne, ale właśnie dla Włóczęgów w dniu dzisiejszym zabiły dzwony dominikańskiego kościoła Św. Ducha w Wilnie.

Historia tej sakralnej budowli sięga czasów jego fundatorów Króla Władysława Jagiełły i jego brata Księcia Witolda. W 1501 Władysław Jagiellończyk przekazał kościół Dominikanom, zakonowi przebywającemu na Litwie już od czasów Giedymina. Po latach burzliwej historii ostatnich wieków, przed dwudziestoma laty powrócili do niego dominikanie z misji polskiej by kontynuować w nim Dzieło Boże dla mieszkających na Litwie Polaków. Kościół Św. Ducha jest jedyną świątynią na Litwie, w której Msze Św. odprawiane są w języku polskim.

Wchodząc o godzinie dziewiątej do kościoła Św. Ducha usłyszeliśmy słowa księdza Viktorasa Bogdevicziusamszę dzisiejszą odprawiamy w intencji Klubu Włóczęgów i za pomyślność dla nich na następne lata. Staliśmy w milczeniu wsłuchując się w te słowa wypowiadane z bliskim naszej duszy litewskim akcentem.

Kościelne ławy wypełnone są wiernymi dla których Litwa stała się przed dwudziestoma laty nową ojczyzną. Są wśród nich też małe dzieci do których ksiądz Viktoras Bogdeviczius zwraca się po polsku z pytaniami o rolę matki w rodzinie. Dzieci odpowiadają na pytania po polsku, tym samym i bliskim sercu litewskim akcentem. Piękne barokowe wnętrze kościoła wypełniają dźwięki organów i gitary, oraz melodii i pieśni nam powszechnie znanych, śpiewanych tutaj po polsku, z tym samym wspaniałym litewskim akcentem przez niwidoczną, bo na chórze stojącą grupę młodych ludzi.

Wzrokiem szukam LAGI. Przecież obiecali. Przy ołtarzu jej nie znajduję. To przecież niemożliwe, by chcieli nas oszukać. Tuż przed podniesieniem czuję za sobą czyjąś obecność. Odwracam się na ułamek sekundy i rejestruję Edwarda Griszina i LAGĘ w jego ręku. LAGĘ ze „Sznurami“. Oddycham głęboko,… uspokojony.

Chwilę później kąkem oka zauważam bezszelestnie obok mnie klękającego na posadzce kościoła Krzysia Popławskiego. Krzysiu klęczy trzymając w ręku LAGĘ. LAGĘ ze Sznurami. Odwracam się w kierunku Edwarda, potem w kierunku Krzysia. Widzę dwie LAGI ze Sznurami. A więc dotrzymali słowa. Czuję jak wypełnia mnie ciepło wzruszenia.

Msza zakończona. Kościół rozbrzmiewa pieśnią „Boże coś Polskę…“.Wierni opuszczają kościół. Ktoś daje znak, by podejść do ołtarza. Podbiegamy bo ofiarowano nam mało czasu. Na stopniach czeka już ksiądz Viktoras Bogdeviczius. Krzysiu, Edward i Marek Aszkielowicz i reszta Włóczęgów z Wilna po lewej, KAJMAN po prawej stronie ołtarza.

Krzysiek przemawia w imieniu Wilna i w imieniu wileńskiej historii Klubu Włóczęgów informując następców jego tradycji, że oto w dniu dzisiejszym przekazana zostaje Akademickiemu Klubowi Włóczęgów KAJMAN kopia włóczęgowskiej LAGI by służyła ona Polsce jako symbol trwania tradycji podarowanych naszym pokoleniom przez założycieli klubu. Odpowiadam słowami podziękowania za ten wspaniały, hitoryczny gest. Ksiądz Viktoras Bogdeviczius odmawia modlitwę i święci nową LAGĘ wodą święconą, …nową LAGĘ, która oprócz świeżości nowonarodzenia niczym nie różni się od naszej LAGI staruszki. Pytam księdza czy możemy zaśpiewać. Zaśpiewać Kurdesza. Viktoras Bogdeviczius uśmiecha się i kieruje ręce w stronę nawy kościoła. Obracam się. Kościelne ławy wypełnione są na nowo po brzegi wiernymi oczekującymi na kolejną Mszę Św., wypełnione wiernymi z Wilna i z Litwy, przypadkowymi świadkami naszej historycznej uroczystości w dominikańskim kościele Św. Ducha w Wilnie. Rezygujemy więc z brzmienia Kurdesza w kościele i śpiewamy go pod tą świątynią na ulicy Dominikańskiej. Staruszka LAGA oraz jej nowonarodzona i przed kilkoma minutami ochrzczona bliźniaczka stoją dumnie po środku. Wokół wymieszani jakby bałaganem historii bruku tego miejsca gromadzą się w kręgu Włóczędzy z Polski i z Litwy trzymając w ręku splątane wydarzeniami „Sznury Jedności“. Do starych zwrotek Kurdesza dośpiewane zostają nowe słowa.

Niech nasze LAGI łączą nas wiecznie
Nasze wyprawy chronią bezpiecznie
Niech przyjaźń będzie pomiędzy nami
KURDESZ, KURDESZ ! nad KURDESZAMI

Zaplątujemy sznury zdjęte z LAGI staruszki i z LAGI chrzcicielki-odnowicielki w jeden długi sznur i trzymając go w ręce wędrujemy sznurkiem po ulicach miasta Wilna do klubowego Betlejem, do Uniwersytetu Stefana Batorego, nazywanego teraz słusznie Uniwersytetem Wileńskim. Podobnie przed trzema miesiącami przechodził ulicami Wilna Klub Włóczęgów Wileńskich, czcząc dwudziestolecie swoich ponownych narodzin. Filmowała ich wtedy lokalna telewizja.

Nas, m i e s z a ń c ó w, spadkobierców wspaniałej, prawie dziewięćdziesięcioletniej historii, fotografują dzisiaj jedynie turyści z Włoch, z Niemiec i z Ameryki. Ustawiają się w kolejce do zdjęć z zaopatrzonym w atrybuty włóczęgowskiej władzy, w LAGĘ i czarny Beret z żółtym Kutasem, … ustawiają się do pamiątkowych fotografii z naszym przemyślicielem, DalejNalejJamą, …pobierającym zresztą za te usługi, tak jak „Miś w Zakopanym“, sowitą opłatę.

***

Chodzimy wspólnie po dziedzińcach Uniwersytetu Wileńskiego, kiedyś słusznie nazywanego Uniwersytetem Stefana Batorego.

Na dziedzińcach panuje klasztorna cisza.

Wsłuchuję się w nią pragnąc wyłowić dźwięki z przeszłości. Dźwięki mowy studiujących tam ludzi z całego świata. Wczytuję się w nazwiska najbardziej zasłużonych studentów: Adomas Mickievicus, Teodoras Narbutas, Ignotas Domeyka, Simonas Stanevicius, Julius Slovackis, Konstantinas Jablonskis i innych. Szukam miejc, w których patrząc na oceny swoich kolokwiów i egzaminów podskakiwała z radości, lub siadała na bruku i płakała moja, nieżyjącą już, mama. Szukam okien, z których wyglądać mogli jej profesorowie: …w tym jej ulubiony Profesor Muszyński.

Myślę o tym, że gdyby moi rodzice poznali się w Wilnie a nie na Śląsku, to zapewne nazywałbym się dzisiaj Andzejas Vozniakiewicius i moje życie w taki sam szczęśliwy sposób toczyłoby się tutaj dalej. Ponadto znałbym dwa obce języki więcej.

***

Z uniwersytetu „Staruszka“ i „Chrzcicielka-Odnowicielka“ pędzą nas pod Ostrą Bramę. Jakież było by to uchybienie nie pokłonić się naszej wspólnej prominencji, najświętszej wileńskiej panience.

***

Spod Ostrej Bramy jedziemy prosto na Rossę. Dzień drugiego Maja jest Świętem POLONII na całym świecie. W Londynie, w Paryżu, w Nowym Jorku, w Kolonii i w Berlinie oraz w innych mniej znaczących miejscach spotykają się w tym dniu Ci wszyscy, których losy wyrzuciły poza granice Ojczyzny, naciągając czasami boleśnie korzenie ich powiązań z bliskimi, z tradycją i z historią kraju nad Wisłą. W dniu tym spotykają się też ludzie, którzy Polskę nie zawsze mogą identyfikować z miejscem swego urodzenia, ale Polska jest dla nich miejscem na ziemi podobnie, jak ich miejsce urodzenia bliskim. Na tym najsłynniejszym wileńskim cmentarzu na Rossie, od pierwszego pochówku w 1769 roku spotyka się historia Litwy i Polski.

Spoczywają tam, począwszy od prochów litewskiego polityka i działacza społecznego Jonasa Basanavičiusa poprzez kompozytora Mikalojusa Konstantinasa Čiurlionisa, czy litewskiego dziennikarza, polityka i prawnika, oraz burmistrza Kowna Jonasa Vileišisa, lub jego brata inżyniera i mecenasa Petrasa Vileišisa i inn. również prochy polskich mecenasów historii Litwy i Polski takich jak August Ludwik Bécu, profesora medycyny, wykładowcy na Uniwerytecie Wileńskim i ojczyma Juliusza Słowackiego, czy też Wacława Michała Dziewulskiego polskiego fizyka, profesora Uniwersytetu Stefana Batorego, twórcy obserwatorium astronomicznego w Wilnie, teścia przedostatniego Wygi Akademickiego Klubu włóczęgów w Wilnie przed wojną, studenta Uniwersytetu Stefana Batorego, później Profesora Śląskiej Akademii Medycznej Tadeusza Ginko (Wałkoń), który uratował przed zagładą naszą staruszkę LAGĘ.

Są tam groby polskiego bajkopisarza Józefa Glińskiego i polskiego historyka o niemieckofrancuskim nazwisku, działacza politycznego Joachima Lelewela, marzącego o wolności dla przyszłych pokoleń, w tym pokoleń narodów Polski i Litwy, …autora hasła „za wolność naszą i waszą“. Na wileńskim cmentarzu na Rossie spoczywają prochy wielu zasłużonych dla Litwy i dla Polski „wyrobników“ i „ugniataczy“ naszej historii, małych i wielkich. Nie zrobili oni na tym co robili interesu w pojęciu naszego pokolenia. Z regóły cierpieli, niedoceniani lub wręcz prześladowani. Nie zostali dyrektorami koncernów gromadząc wartości materialne starczające na obsłużenie finansowe swoich rodzin przez kilkadziesiąt, czy kilkaset pokoleń. Byli ludźmi dbającymi o wierność swoich przekonań i o swój wizerunek. Swoim ideom, z których dzisiaj korzystamy, oddawali wszystko, a w tym swoje serce.

***

W dniu drugiego Maja 2010 na Rossie spotkała się POLONIA. Składano wieńce na grobie serca Marszałka Józefa Piłsudskiego i miejsca pochówku jego matki. Lało jak z cebra. LAGA staruszka i LAGA chrzciclelka, odnowicielka, stały cierpliwie wśród ciżby zebranych osób z Litwy i z Polski, osób oddającym hołd przeszłości.

Werble, hałas werbelnych dzwięków, kwiaty, wieńce w rytmie werbelnych dzwięków, przemówienia oficjalności i piosenki pierwszej brygady. Szpaler harcerzy, koła regionalne pieśni i tańca z całej Litwy. Prominenci polonijni i goście z Polski.

Przed szpalerem harcerzy z Wilna zatrzymuję ubranego w mundur i harcerską hustę brodatego mężczyznę pytaniem – czy może mam przyjemność z Panem Michałem Kleczkowskim?

Poinformowano mnie wcześniej, że Michał objął przed laty funkcję Naczelnika Harcerstwa na Litwie.

Nie, bardzo mi przykro. Jestem jego następcą. Michał nie mógł dzisiaj tutaj przybyć, ale tam w pierwszym rzędzie, …o, o tam, stoi jego syn

– pada odpowiedź. Rozpoznaję. Bardzo podobny do ojca. Stoi ociekając wodą kapiącą z włosów i z gładkiej, chłopięcej brody, …ociekając wodą z głowy, nie wiadomo dlaczego pozbawionej harcerskiej czapki, …stoi młody smukły brunet.

Podchodzę, przedstawiam się i wsuwam mu do ręki fotografię sprzed dwudziestu lat, z uroczystości przekazania LAGI Włóczęgów w Warszawie jego ojcu, młodemu wówczas studentowi z Wilna. Na środku fotografii siedzi w fotelu Wacław Korabiewicz („Kilometr“), przed nim pręży się Bogdan Nagórski („Melodysta“). Na kolanach dziewięćdziesiecioletniego Kilometra siedzi Janka Brzozowska, sekretarka Związku Literatów Polskich, dozgonna opiekunka Korabiewiczów do ich dni ostatnich. Obok Janki, Marysia Korabiewicz, anioł w ludzkiej skórze. Ja poniżej, szczeniak nie do rozpoznania. Obok „Melodysty“ stoi jednen z pełniących w przeszłości funkcję Wygi Akademickiego Klubu Włóczęgów KAJMAN, młody lekarz Piotr Fiodor, … dzisiaj Profesor Gastroenterologii w Warszawie. Pomiędzy nim a „Melodystą“ dostrzec można fragment głowy, …to właśnie Michał trzymający w ręku LAGĘ. Nazwisk dwóch obok niego stojących dawnych Włóczęgów wileńskich nie mogę już sobie przypomnieć. Na podarowanej synowi Michała fotografii zapisuję naprędce numer swego telefonu z nadzieją, że jego ojciec być może kiedyś do mnie zadzwoni.

***

W strugach wody oraz w hałasie żołnierskich komend i melodii poszukuję na cmentarzu, grobu wileńskiego astronoma, teścia naszego przyjaciela Tadeusza Ginko („Wałkonia“), strażnika naszej staruszki LAGI w latach powojennych. Bez pomocy Pawła Stefanowicza, który kiedyś sporządzał fotograficzną dokumentację pomników na Rossie, odnalezienie tego miejsca dzisiaj, w ulewnym deszczu, graniczyło by z niemożliwością. Paweł błądzi też dłuższą chwilę, ale w końcu stajemy przed bardzo skromną płytą z napisem Ś.P. Wacław Dziewulski, Fizyk, Profesor USB, ur. 1882. IX.29, zm. 1938. VIII.10.

Grób Profesora znaduje się w pierwszym rzędzie, tuż nad płytą pamiątkową krypty matki Marszałka i jego złożonego tutaj w kryształowej urnie serca. Nie można było dzisiaj na grobie Profesora zapalić świecy, bo lało jak z cebra. Stawali na nim, poza wszystkim, liczni, przypadkowi goście dzisiejszej uroczystości. To akurat, tak jak sądzę, Pan Profesor Dziewulski dzisiaj na pewno im wybaczył. Stojąc przed tym miejscem zdecydowałem się w zastępstwie świeczek i kwiatów jedynie na dedykację słów modlitwy „wieczny odpoczynek racz mu dać Panie…“

***

Z Rossy wracamy do miasta na ulicę Naugarduko 76. Od roku 2001 znajduje się się tam powołany do życia decyzją Senatu RP oraz „Wileńskiego Oddziału Miejskiego Związku Polaków na Litwie“ i Stowarzyszenia „Wspólnota Polska“, Dom Kultury Polskiej. KAJMAN podczas swoich litewskich podróży był tam stałym gościem. Dzisiaj KAJMAN miał okazję obejrzeć wystawę swoich kolegów, przyjaciół z Klubu Włóczęgów Wileńskich, zorganizowaną z okazji dwudziestolecia powrotu LAGI staruszki, LAGI włóczęgowskiej do Wilna.

***

Wystawa naszych przyjaciół zaskakuje nas profesjonalizmem. W dzielonej przez innych lokatorów obszernego pomieszczenia wystawowego Domu Kultury Polskiej części, stworzył Klub Włóczęgów Wileńskich, skromnymi, stojącymi do dyspozycji środkami, instalację o ponownie niezwykłym, tak jak ściana „Jaskini Włóczęgów“, … stworzył dzieło o artystycznym znaczeniu. Instalacja ta kierowana jest nicią historycznych słów dawnych, przedwojennych, Włóczęgów:

 „Jeśli myśl Ci przyjdzie mylna
zwątpić w – przyszłość i swobodę,
wówczas bracie pędź do – Wilna,
poznać z hartem dusze młode“.

Czytając te słowa myślę sobie, że KAJMAN od lat nie robi przecież nic innego zapędzając się tutaj i tuląc Wilno do piersi i do serca swego.

„Dusze młode“ pokazują jednak „zwątpionym“ na dużej fotografii tylko plecy ubrane w koszulki z napisem Klub Włóczęgów Wileńskich. Fantastyczne zdjęcie. Jeśli chcesz przez ten mur się przedrzeć musisz spełnić odpowiednie warunki. Centrum instalacji wypełnia kajak składany z części. Składany z połamanych, stale łatanych, aluminiowych rurek i naciąganej na stelarz brezentowej powłoki, która przemaka. 47 Kajakiem tym płynęli faceci zdecydowani na na najgorsze, …płynęli kiedyś z nami Krzyś Popławski, Edward Griszin, Waldek Borejko i Marek Sinkiewicz.

Czasami zabierali obcą załogę wydającą okrzyki zdziwienia: dlaczego tu w środku tyle wody? Krzyś odpowiadał wówczas spokojnie: no bo tak ma być !! …i życie wracało do normalności. Obok Kajaka ustawiono na pomniku buty Pana Włóczęgi. Przed butami LAGA staruszka otoczona honorami, t.j. muzealną barierką, podkreślającym jej wagę w historii i jej rangę w tej instalacji, tak jak podkreślają to muzealne bariery sypialni Ludwika z numerem czternastym czy piętnastym w Wersalu czy też króla Jana Sobieskiego na Wawelu. Widok takiej L A G I n a wystawie KKW w Domu Kultury Polskiej, inaczej niż wczoraj w K A J M A S I E , naszej „Staruszki“ ze „Sznurami Braterstwa“, wystawionej za sznurami bariery muzeum, ucieszył nas niezmiernie.

Zaskakuje mnie fotografia Krzysia Popławskiego z klubowej uroczystości w przeszłości.

Widać na niej Vicky i Simonę, Daniela i kogoś jeszcze, ubranych w średniowieczne stroje, podpatrzonych podczas pielęgnowania niezwykle tajemniczego obrządku.

Co za wspaniałe zestawienie światła. Jego zdjęcie przypomina obrazy francuskiego mistrza malarskiego oświetlania scen: Georges de La Tour. Zafascynowani jesteśmy też informacjami zamieszczonymi na planszach wystawowych o różnorodności pomysłów realizowanych przez Klub Włóczęgów Wileńskich.

Siedzimy na miękkiej sofie Włóczęgów przeniesionej z ulicy Pylimo, oglądamy kronikę Klubu. Ojciec Krzyśka wpisał do niej słowa: Nienawidzę Was. Zabraliście mi syna !!!

Jula łączy mnie telefonicznie z nie mogącym wziąć w naszym spotkaniu obecnym Wygą Klubu, Ruslanem Kostiukowem („Multik“), któremu przekazuję wyrazy uznania za tak wspaniałe i wprowadzone do życia klubu pomysły. Przekazuję mu również nasz podziw dla ludzi którzy Klub reprezentują dzisiaj. Julia wspomina o telefonicznych pozdrowieniach od „Litra“, Jurka Budrewicza, autora niezapomnianych przeżyć na Willi w prowizorycznej Bani, saunie zbudowanej nad brzegiem rzeki i autora „Mruczanki“, piosenki ze słowami:

Po Żiemlianie, po Żiemlianie
Płynu kajajakiem KAJMANIE
Ja wiem o nich tylłko tylłe, 
że tou z Polłski Krokodillłe

***

Wśród tych wszystkich zapisanych na wystawie KKW słów i wspaniale wkomponowanych w instalację, zciochranych ubrań, eksponatu nart z lat pięćdziesiątych, poprzez napis „Kino Włóczęgów“ 51 brakuje nam trochę jednego, jedynego słowa, wiążącego się mocno z historią Klubu Włóczęgów Wileńskich, …słowa „KAJMAN“. Fakt ten nie mąci jednak naszego zachwytu nad instalacją, w Domu Kultury Polskiej, …nad wystawą o historii Klubu Włóczęgów, naszych przyjaciół z Wilna.

***

Wizytę KAJMANA kończy wspólny spacer po uliczkach Wolnej Republiki Artystów na Zarzeczu oraz posiedzenie pożegnalne w jednej z knajpek tego wileńskiego Montmartre.

Zamieszkałe przed wojną przez społeczność żydowską Zarzecze stało się później ulubionym miejscem bohemy artystycznej. Jak przystaje na Republikę, ma Zarzecze swój własny Hymn, swoją Konstytucję, Prezydenta, rząd, ambasadorów oraz swego patrona „Anioła stróża“ w różnych objawieniach, w tym jako „Jezus Włóczęga“.

Tam gdzie granica przynależności Republiki do Rossy się kończy, a zaczyna się teren starego miasta Wilna, tam kończy się też jasno „ziemia obiecana“.

Państwowa Konstytucja mówi wyraźnie do czego ma prawo człowiek a do czego zwierz. W konstytucyjnym punkcie 25 określono, że człowiek ma prawo przynależności do różnych narodowości. W punktach 4, 5, 6, 24, 26 i 33 określono, że człowiek ma prawo się mylić, być niepowtarzalnym, ma prawo kochać, ma prawo nic nie rozumieć, ma prawo obchodzić swoje urodziny lub ich nie obchodzić i ma prawo płakać. W punkcie 12 i 13 Konstytucja przewiduje też, że pies ma prawo być psem, a kot nie musi kochać swojego gospodarza, ale w trudnej sytuacji powinien mu pomóc.

***

W przytulnej knajpce na Zarzeczu przypominam sobie reakcję Juli z jesieni zeszłego roku na naszą prośbę wykonania dla KAJMANA przez klub Włóczęgów Wileńskich kopii LAGI staruszki.

Z tym to nie będzie kłopotu. U nas drzewa dużo – odpowiedziała Jula bez namysłu. Teraz Krzysiek w przytulnej knajpce na Zarzeczu, opowiada z jakim trudem szukał dobrze wysuszonej deski dębowej o odpowiedniej grubości i jak wspólnie z ojcem pracowali, rzeźbiąc, …pracowali nad kształtem LAGI odnowicielki tak, by wiernie naśladowała ona swoją LAGĘ matkę-staruszkę, rodzicielkę. Krzysiek zdradza też inną tajemnicę:

A te sznury, to nie mogłem ich znaleźć w całym Wilnie. Całkiem zrezygnowany trafiłem przypadkowo do sklepu z firankami. Patrzę, a tu na firankach sznury. Sznury takie jakby z LAGI zdjęte. Kupiłem więc dziesięć metrów firanki. Potem był problem jak te sznury od firanki oddzielić. Dlatego wyglądają one teraz tak trochę poszarpane.

***

Z historią dębów które rosły tu, nad Wilią, związane są dni posuchy i nadobfitości deszczu, dni wiatru rwącego liście, łamiącego gałęzie i pnie, oraz zatrzaskującego drzwi do życia mrozu. W słojach tych drzew rzadko znaleźć można uśmiech dni błogosławionego spokoju i radość ciszy wegetacji. Słoje dębów nad Wisłą mają podobną strukturę. Wiem coś na ten temat od mojego ojca leśnika. Wędrowałem z nim przez naturę i przez słoje oraz historię wielu drzew. Dęby znad Wilii przemieniono ręką człowieka w symbol pastorału wędrowca, włóczęgi, dumnego tak jak dęby ze swej siły, odporności na burze, wytrwałym w szacunku dla czystości celu. Z pastorałem tym związane są niezliczone historie ludzi mniej, czy bardziej dla nas znanych i dla innych mniej, czy bardziej zasłużonych, …ludzi nie żyjących jednak nigdy tylko dla siebie.

Od dzisiaj bliźniacze nasze symbole, symbole LAGI, piszą nową historię, myśli zrodzonej przed prawie dziewięćdziesięciu laty, …“o ojczyźnie, którą jest cały świat“. Dzisiaj pod „dębami świata“ spotkali się przyjaciele z Polski i z Litwy we wspólnej ojczyźnie. Na ten moment czekali zapewne Ci wszyscy, których już dzisiaj nie ma, a dla których słowa Kraków, Warszawa i Wilno wybijane były by takim samym rytmem kochającego serca, …dokładnie sześćset lat po wspólnym i ważnym historycznie dla Litwy i dla Polski wydarzeniu, t.j. roku 1410, gdzieś pod Grunwaldem. Wspaniała jest ta nasza wspólna przeszłość. Wspaniałe są owoce, te, …które tej przeszłości zawdzięczamy.

***

W imieniu Akademickiego Klubu Włóczęgów KAJMAN dziękuję Kubowi Wlóczęgów Wileńskich za te piękne, spędzone razem w Wilnie chwile.

Meter, Saarbrücken 09.06.2010

Różyczko, na pożegnanie
26.10.2016

Różyczko, na pożegnanie
26.10.2016

Kochana Różyczko,

kiedy przed dwudziestoma dniami spotkaliśmy się w Twoim domu, zobaczyłem w Twoich oczach pożegnanie. Nie było jednak w Twoich oczach smutku. Nie było też cierpienia. Na temat pożegnania porozumiewaliśmy się tak jak zawsze dotychczas, kiedy trzeba było coś ważnego załatwić, często bez słów, lub tylko słów urywkami. W ciągu kilku sekund rozmowy lub milczenia byłaś zawsze w stanie przekazać to co na prawdę istotne, na co inni potrzebują wiele czasu. „Nie sol” albo „nie pieprz” mówiłaś krótko jeśli ktoś z nas rozmowie z Tobą przyprawiał ponad miarę. Gotować potrafiłaś wspaniale. Z Twego talentu powstała idea Stodoły na Gadziokach, którą oddawałaś nam i innym od czasu do czasu w ręce na spotkania jako miejsce kultu dla pięknej historii Śląska. Zadbałaś też o to by miejsce to służyło wielu ludziom praktycznie i dało im zarobki. Przy tym wykonywałaś swój zawód jako lekarz medycyny sądowej. Niewyobrażalne psychiczne obciążenie dla wielu przedstawicieli męskiego gatunku. Ty dałaś jednak w przeciwieństwie do nich temu radę. Dałaś też radę obowiązkom jako lekarz rodzinny, manager jednej z pierwszych prywatnych przychodni lekarskich na Śląsku, członek powstających po Stanie Wojennym w Polsce ponadregionalnych organizacji medycznych oraz jako radna w środowisku w którym żyłaś. Byłaś też organizatorem swego prywatnego życia, Matką Dawida, później teściową i babcią wnuków, jego i Agnieszki dzieci. Oprócz Stodoły na Gadziokach remontowałaś dom swojej Matki, którą przez lata się troskliwie opiekowałaś. Byłaś gospodarzem domu i obejścia. „Nie sol” albo też„nie pieprz, powtarzam”, mówiłaś krótko jeśli ktoś w rozmowie z Tobą przyprawiał ponad miarę. „Masz zrobić tak jak mówię”. To był Twój charakter. Twoja obezwładniająca przeciwnika siła. Do tego konsekwencja. Umiejętność rozróżniania kolorów. To co było czarne pozostawało nie do przekroczenia czarne, jak bariera. Do pozostałych kolorów w zależności od dobra, które mogło ono nieść za sobą innym ludziom okazywałaś umiarkowaną lub dużą sympatię nawet jeśli nie leżało to w Twoim osobistym interesie. To następna cecha Twego charakteru. Mądrość i tolerancja. Umiejętność oceny sytuacji z dystansu, z możliwością natychmiastowej celnej interwencji w sytuacji w której cenne ludzkie wartości zostają zagrożone. Taką metodę prowadzenia dialogu pomiędzy dobrem i złem zna jak się okazuje nie tylko wschodnia technika Kung fu. Ty stosowałaś ją na co dzień, …przez całe swoje życie.
Jeśli zaufać Wikipedii to „Kung fu” w języku chińskim oznacza „osiągnięcie wysokiego poziomu umiejętności w jakiejś dziedzinie“. Tłumacząc jednak słowo „Kung fu“ dosłownie z języka chińskiego na język polski znaczy ono: „ciężka praca“.

Kiedy przed dwudziestoma dniami odwiedzilem Ciebie w Twoim domu siedziałaś w fotelu trzymając obrzęknięte nogi wysoko na krześle. Uśmiechałaś się do mnie. Mówiłaś, że nic Ci nie dolega. Nic Ciebie nie boli, … mówiłaś że kaszel ustąpił. Faktycznie nie kaszlałaś już tak jak wcześniej, ale Twój organizm był wyczerpany. Twój oddech był ograniczony, ale Twój duch absolutnie.
Ktoś zadzwonił do drzwi.
– Pójdę i powiem, że śpisz – zaproponowała Twoja bezgranicznie się o Ciebie troszcząca siostra. W drzwiach stała kobieta z synem, Twoi pacjenci, z prośbą o załatwienie pewnych medycznych formalności.
– To muszę załatwić sama – powiedziałaś wstając ciężko z fotela, wolno podchodząc do drzwi.
Nie pytałem nigdy z iloma takimi nieoczekiwanymi odwiedzinami w swoim domu byłaś konfrontowana w przeszłości. Ta scena, której teraz byłem świadkiem uświadomiła mi, że w ciągu lat Twojej pracy musiało ich być bardzo dużo. Ty byłaś lekarzem z powołania, nigdy z przydziału i nigdy z chęci zarobku na ludzkim nieszczęściu. Byłaś zawsze przykładem dla wielu koleżanek i kolegów z naszej branży, którzy posługę medyczną interpretują czasami inaczej.

Jak to jest możliwe, że miałaś w tym napiętym zawodowo życiu jeszcze czas na „życie“? – pytałem często. Czas na wypady do Czech, do Słowacji, do Macedonii, do Hischpanii, na Syberię , w góry, na krótkie urlopy oraz na spotkania z nami KAJMANami, których to okazji byłaś najczęstszym pomysłodawcą i organizatorem.
W latach Stanu Wojennego dbałaś o to byśmy nie zatracili się w tej gmatwaninie strachu i beznadziei. Po tym ciemnym okresie historii naszego kraju i naszego klubu doprowadziłaś do tego ze staliśmy się znowu rodziną. Rodziną, ktora z roku na rok się powiększa. Czy można sobie wyobrazić lepszą MATKĘ ?

„Plazmonia“ powiedziała mi przed kilkoma dniami nerwowo chodząc pomiędzy ścianami naszej małej kuchni w Saarbruecken, …“wiesz, zdaję sobie sprawę, że Róża umiera. Nie mogę się z tym pogodzić“. Po chwili namysłu dodała, …“ muszę się jednak chyba z tym pogodzić. Muszę. Muszę się z tym pogodzić i zmienić sposób mojego myślenia. Muszę siebie przekonać do tego że każdy z nas przecież umiera, …że nasze życie i jego początek zawsze jest z jego końcem nieodwołalnie powiązane“.

Twoja wspaniała najbliższa rodzina Różyczko, Twój wspaniały syn Dawid, jego wspaniała żona Agnieszka, Twoja siostra i Twoja ukochana najbliższa przyjaciółka Alina pomogły Tobie przekroczyć Rubicon z uśmiechem na twarzy. Dziękuję w Twoim imieniu im wszystkim za cierpliwość w tych trudnych chwilach i za ich dla Ciebie pomoc. Twoja druga rodzina KAJMAN była myślami i gorącą modlitwą przy Tobie. Dziękujemy Ci za lata Twojej energii dla nas i za Twoje inicjatywy wzbogacające wspaniale wszystkie nasze spotkania. Dziękujemy Ci też za Twoje zawsze ciepłem bijące dla nas serce i za przykład Twojego pracowitego i szlachetnego życia.

Dla nikogo z nas nie odchodzisz na zawsze. Odchodzisz na jakiś czas tak jak wszyscy ci nasi bliscy, którzy od nas „na zawsze“ odchodzą w nie porę. Odchodzisz cicho i bez pretensji do ludzi i do Pana Boga, oraz z uśmiechem dla nas na naszą przyszłość, pozostawiając wspomnienia, w których Twoja obecność wśród nas nigdy się nie skończy oraz z nadzieją na nasze kolejne spotkanie w przyszłości.

Wybrałaś się teraz na najdłuższą swoją włóczęgę. Pozwól, że zaśpiewam Ci na tę drogę zwrotkę naszej klubowej piosenki, …piosenki rozpoczynającej zawsze nasze wspólne klubowe spotkania, ..zwrotki dedykowaniej teraz tylko Tobie od nas wszystkich Włóczęgów – Kajmanów, od Włóczęgów na Litwie i tych z nas, co rozproszeni są po świecie:

…„Niech żyje nasza kochana MATKA
w naszej pamięci do dni ostatka
Niech ją niebiosa chronią na grani
Kurdesz Kurdesz nad Kurdeszami
Kurdesz Kurdesz nad Kurdeszami”

Odpoczywaj Różyczko-MATKO w spokoju.
Twój „METER”
i
Twój Akademicki Klub Włóczęgów KAJMAN

Żory-Rój 28.10.2016

Jedna Pilica, dwa wesela,
trzy niedoszłe pogrzeby
…i tylko jeden naprawdę martwy królik.
(2010)

Jedna Pilica, dwa wesela,
trzy niedoszłe pogrzeby
…i tylko jeden naprawdę martwy królik.
(2010)


Takiego spotkania na rzece jeszcze nie było. Dwa wesela, karawaniarze, koniec świata zagłuszony gradobiciem, … trzy próby samobójcze i królik, który niemalże co zmartwychwstał.
I po co to komu było? Po co?
Nie lepiej to i bezpieczniej pod parasole do Grecji, do Tunezji, do Turcji,… albo na Majorkę lub Bahama?


Tam, za rogiem tej ulicy jest sklep, a za sklepem most. Tam, …znaczy się za
mostem, musisz skręcić w prawo. Tam trafisz nad rzekę.
Spotkaliśmy się, (nieumawiając), prawie co do minuty, t.j. w tym samym czasie i w tym samym miejscu, które wcześniej mgliście t.j. bardzo ogólnie okresliliśmy jako Pilica za Koniecpolem.
Glizda, Gliździna i ich syn Wojtek (Mazikowie z Tarnowskich Gór), Ryba (Krysia Szymik) z mężem Andrzejem (Taraszkiewiczem z Gliwic), Baca (Ula Wilczek z Zabrza), Teresa i Mariusz (Zajuszowie z Andrychowa), Juliana (Žamoit) i Simona (Lisicyna z Wilna), Sarmata (Rysiek Jama z Zabrza), Joachim (Ganszyniec z Miasteczka Śląskiego) i ja Meter (tymczasowo z Zagłębia Saary).
Jacek (Bera z Katowic) z Julą (Vasilewską z Wilna) odbił za Konieckpolem „beemą“ do Włoszczowej po oczekujących tam przyjaciół z Litwy, …t.j. Daniela (Vasilewskiego) i Kaśki (Bitowt, z Wilna), koncertujących do dzisiaj na jakimś festiwalu w centralnej Polsce.
Zanosiło się na wieczór z deszczem. Trawa była i tak już mokra. Komary
sygnalizowały nieustępliwość. Rozbijanie namiotu, po opuszczeniu ciepłego, suchego miejca na parkiecie wczorajszego weseliska, odurzało lekkim wstrętem,…ale tylko na moment, na jedną tylko chwilę, po której powróciła radość świadomego wyboru.
Pierwszy wieczór spędzony w tym gronie „w kucki“, czy z tyłkiem na kapoku, …rozciągnięty do północy, w świetle gasnącej lampy gazowej nad Pilicą, wymiótł natychmiast obawy, że może być źle, …czyli nieciekawie.


Wczorajszy dzień był inny. To prawda.
Ubrani w „ozdobnie w suknie“ i „sukmany“ staliśmy pod krawatem, pod muchą, na stopach, chwilami „na kolanach“, świadcząc przed Bogiem, przed ołtarzem kościoła, o naszym przekonaniu w prawdziwość i trwałość uczuć pary młodej, małżeńskiej, t.j. Agnieszki (z d. Bulendy) i Dawida (z d. Cichy).
Kościół pw. Św. Anny w Świerklanach w dniu 14.08.2010 od godziny 12:00
wypełniony był ciepłem naszych uczuć dla nich obojga.
W skromnej architekturze wnętrza nowej świątyni z ostatniego stulecia, ozdobionej dyskretnie, ale ze smakiem, bielą i zielnią, unosiło się „coś“ bardzo podniosłego. Czuło się, że to niezwykła uroczystość, niepospolity akt wiążący dwoje młodych ludzi, za którymi stoi duża, bardzo duża i prawdziwie kochająca ich rodzina.


Komary obrobiły mi mordę przez noc na cacy.
Rankiem obmyłem twarz wodą z Pilicy. Nieprzyjemny świąd skóry ustąpił.
Po ostatich, obfitych deszczach nie można dojrzeć dna.
Rzeka ma początek wśród olkusko-krakowskiej wyżyny,o dwie mile na wschód od źródeł Warty w stronie płud-zach od osady Pilica w pobliżu karczmy zwanej „ Czarna Jama“.
Mimo tego D-N-Jama Pilicy nie lubi. Nazywa Pilicę „Pylicą“, z odraza i z obawą ponownego narażenia się na chorobę, której to o mało co nie nabawił się ścierajac kurze z mebli w Hindenburgu za Giera i za Jaruzela.
Pilica wpada do Wisły.


Młoda Para w skupieniu słucha kazania siedząc przed sceną ołtarza na książęcych tronach, które w bieli.
Nadchodzi chwila, którą publicznie zapowiedzieli sami, dokładnie przed dwoma laty. Dokładnie przed dwoma laty zaprosili gości na swój ślub w dniu dzisiejszym. Byli tacy co wówczas mówili niemożliwe. Dwa lata. Młodzi ludzie. Wszysto może się zdarzyć. Teraz czternastego sierpnia dwutysięcznego dziesiątego roku, krótko przed godziną trzynastą stają się małżeństwem. Agnieszka i Dawid. Agnieszka składa przysięgę i mówi TAK ze swobodą i z uśmiechem na twarzy. Dawid wzruszony dławi się własnym głosem. Dawid poTAKuje szeptem, ale jego oczy wpatrzone w Agnieszkę zastąpić mogą dzisiaj wszystkie, najgłośniejsze słowa świata.


Koniecpol otrzymał prawa miejskie od Króla Polski i Liwy Władysława Jagiełły w 1443 roku. To małe, kilkutysięczne miasteczko posiada bogatą historię przeplataną losami Koniecpolskich, Lubomirskich, Potockich, jak również walki o tron królewski Stanisława Leszczyńskiego i Augusta II. Na obszernym, urokliwym rynku miesza się też sentymentalny zapach czasu przeszłego z odważnie penetrującym oddechem tzw. Europy. Panuje tam błogosławiony spokój wyczekiwania, wypierany powoli, ale zdecydowanie, inicjatywą, …inicjatywą młodych Polaków i nowej Polski.
Sklepy, sklepiki. Zapach starzyzny miesza się na ulicy ze z tym świeżym, perfum od zachodniego Douglasa, …ale nie tak agresywnie jak w stolicy. Tutaj wiatr wieje jeszcze oddechem rozumu, a nie tak jak tam,… nałogiem posiadania.
Z pod Koniecpola wyruszamy na Pilicę.


Nad Pilicę za Koniecpolem dojeżdżają rankiem Agata (Wojciechowska z Bytomia) i jej partner Artur (Szalast), Beata (Pisarek/Stokrotka z Jastrzębia Zdroju) z mężem Aureliuszem (Naturell), siostra Beaty, Dorota (Opałka, z Wieliczki) z mężem Mariuszem, przyjaciel Pisarków, Janusz (Mandla), z dziesięcioletnią córką Izabelą i kajaki.
Kajaki spuszczone na wodę w słońcu, popłyną do Maluszyna. Zapowiada się piękny, ciepły i spokojny dzień.


Kilka dni przed ślubem Agnieszka i Dawid pomagali w organizowaniu Festiwalu Free Style w Cieszynie. Menadżerem był syn Adama Palucha (Prymus), Michał. W przedślubnym stresie udało się Agnieszce i Dawidowi historią wypraw KAJMANA stworzyć wspaniały kontrast dla firmowanych tam sportów ekstremalnych na bango, windsurfingu czy deskorolce.
Agnieszka i Dawid włożyli w tę pracę wszystkie swe uczucia dla KAJMANA.
Teraz KAJMAN w domu weselnym pod kopalnią „Borynia“ przygotowuje swoje dzieci na długą wspólną włóczęgę, nadając Agnieszce imię WILEJKA“, a Dawidowi imię „SERCE“.


Dzień pierwszy na wodzie obfituje w niespodzianki.


W Maluszynie, przerzucono nad Pilicą, z pomocą europejskich środków, nowoczesny, betonowy most, z pomalowanymi na niebiesko stalowymi wysięgnikami, dla tak samo na niebiesko pomalowanymi linami stabilizujących konstrukcję. Kolor niebieski to kolor zjednoczonej Europy. Maluszyn, chcąc niechcąc znalazł się przez ten fakt w Europie.
Panie co mi po takim moście, mruczy ksiądz pod nosem. Ten most nas tutaj przecież nie wyżywi.
Początki wsi, w której żyje teraz ok. 300 dusz sięgają XI wieku. Znajduje się tu zabytkowy kościół pw. św. Mikołaja z 1777 roku. (W tymże roku, w Krakowie, Hugo Kołłątaj, wydelegowany przez Komisję Edukacji Narodowej przeprowadza reformy Szkół Nowodworskich i ogłasza nowe zasady nauczania).
W Maluszynie, zaraz obok mostu stoi brama z wieżą zegarową i niewiele dalej piętrowa oficyna (jedyna pozostałość z dawnego pałacu ówczesnego dziedzica, Michała Ostrowskiego, polityka przy dworze Króla Stanisława Poniatowskiego). W zachowanych, dawnych budynkach dworskich znajdują się teraz mieszkania i szkoła dla dzieci.


Niedaleko mostu w Maluszynie, na plaży tuż nad Pilicą zatrzymał się karawan. Kiedyś, dawniej, karawan był podpięty pod dwa ciemne konie, którym na czubku głowy przywiązywano piuropusz z czarnych strusich piór. Ten karawan koło mostu w Maluszynie napędzny jest już przynajmniej przez sto koni ze stajni Mercedesa. Stoi bez piuropuszy w słońcu na piaszczystym brzegu Pilicy w oczekiwaniu i nie wołając o obrok.
Karawaniarze też się zmienili. Nie noszą już surdutów i napoleońskich nakryć głowy, …tak jak to było kiedyś, po śmierci Gnojczakowej.
Karawaniarzy z Maluszyna, ubrano w jasnoniebieskie koszule z generalskimi pagonami i ciemne, jednolite spodnie zakończone lakierkami naciągniętymi na zniekształcone podagrą stopy. Rzemieślnicy cmentarnego obrządku chronią się przed palącym słońcem w cieniu jedynego drzewa na piaszczystej plaży, niedaleko mostu, nad Pilicą. Mówią do D-N-Jamy, że to fajna i nie nerwowa robota.
– Panowie, ale dlaczego nie weźmiecie swego klienta, z „karawana“, pod cień z tej spiekoty? – pyta z nieukrywaną troską w glosie D-N-Jama.
-arawan pusty – odpowiadają leniwie karawaniarze.
My czekamy na klienta. Dla naszego klienta jesteśmy cierpliwi, uprzejmi i dbamy zawsze o jego wygody.


Słońce pali. Przez komórkę osiągam Ulę. Jest dobrze mówi. Jesteśmy już po drugiej tratwie i szykuje się właśnie trzecia. Jest wspaniale, jest ciepło. Jest naprawdę dobrze,.. wyławiam z jej głosu w zachwycie. Przekazuję położenie miejsca na obozowisko, t.j. na plaży za mostem pod Maluszynem.


Od strony Maluszyna w kierunku na Włoszczową jedzie pijany rower. Przejeżdża most i skręca w lewo w stronę rzeki. Tam droga kamienista, piaszczysta i stroma. Rower zakręca koła w ósemki, staje dęba, potem podnosi zad do góry, walczy krótko o równowagę i upada, pociągając za sobą na ziemię bagaż, …człowieka.
Rower leży i człowiek leży. Obaj nie dają znaku życia.
Karawaniarze patrzą na leżących w milczeniu. Po dłuższej chwili wstają spod cienia jedynego drzewa na piaszczystej plaży, niedaleko mostu w Maluszynie, nad Pilicą i w milczeniu kierują się w stronę karawanu. W milczeniu też odpalają, kierując sto koni z lawetą wolno do leżących na drodze.
Chłopie wstawaj, bo po ciebie jadą, …krzyczy Jama w trosce o człowieka.
Człowiek podrywa się na nogi. Podnosi rower. Z rąk wypada mu niedopia butelka taniego, włoskiego „grońcoka“. Karawaniarze rezygnują i odjeżdżają. Człowiek i rower padają na ziemię ponownie. Człowiek zmęczony wydarzeniami dnia zasypia.
Po tym jak się obudzi, podfandzoli biało czerwoną flagę, zawieszoną przez Glizdę nad wodą, mającą sygnalizować zakończenie pierwszego etapu przygody, płynącym po Pilicy.


„Niech dziś Nowożeńcy już się nie krygują
Tylko pocałunkiem siebie obsypują
Niech nam żyje para, co dziś nad parami
Kurdesz, Kurdesz nad Kurdeszami“


Tak pozdrawialiśmy jeszcze przedwczoraj nowożeńców, Agnieszkę i Dawida. Po kościelnych zaślubinach witała ich w domu weselnym orkiestra Kopalni Borynia marszem górników. Marszem do życia,…melodii którą Agnieszka i Dawid zawsze bedą mieć w uszach, w sercu i w pamięci.
Powitanie chlebem i solą, a jakże by inaczej. Wódką i kieliszkami rozbitymi na szczęście Matka miała potem przemowę do Nowożeńców i do weselników. „ KAJMAN to rodzina,… jedna z trzech rodzin, … “ – mówiła Matka, …“to rodzina, która będzie dla Was matką i ojcem, …dzisiaj i jutro“ – powiedziała.
Po tym były tańce, hulanki i swawole, tort dla dwustu prawie gości. ale przyszedł też i taki moment na zadumanie.
Dawid wziął do ręki gitrę. Agnieszka stanęła za nim i Dawid zaśpiewał piosenkę starego Miecia Fogga.
Śpiewał jej własną komozycję, śpiewał jej własną interpretację. Śpiewał sercem swoim i sercem Agnieszki o ludziach im obojgu bliskim:


O Matce pieśń, to pieśń przez łzy, to pieśń bez słów
To cały świat, dziecinnych lat, wskrzeszonych znów
To Matko sny, że jesteś znów tak blisko
Jak wówczas gdy klęczałaś nad kołyską
Za serce twe i świętość warg i dobroć rąk
Jak śpiewać pieśń u twoich nóg bym cicho kląkł
I wybrałbym najświętsze z wszystkich słów i rzekłbym: Matko
I zmilkłbym znów o tobie pieśń, to pieśń bez słów

Przychodzą w życiu dni powodzi,
Gdy wszystko zdradza nas i zawodzi
Gdy pociąg szczęścia w dal odchodzi
Gdy wraca zło do wiary twierdz
Gdy grunt usuwa się jak kładka
Jest wtedy ktoś kto trwa do ostatka
Ktoś kto nie umie zdradzić Ojciec i Matka
I serce ich, najczystsze z serc

O Ojcu pieśń, to pieśń przez łzy, to pieśń bez słów
To cały świat, dziecinnych lat, wskrzeszonych znów
To Ojcze sny, że jesteś znów tak blisko
Jak wówczas gdy klęczałeś nad kołyską
Za serce Twe i świętość warg i dobroć rąk
Jak śpiewać pieśń u twoich nóg bym cicho kląkł
I wybrałbym najświętsze z wszystkich słów
i rzekłbym: Ojcze I zmilkłbym znów
o Tobie pieśń, to pieśń bez słów


W skwarze lejącego się nieba pojawia się niezwykły ruch. Ruch powietrza. Gałęzie drzew falują coraz mocniej migocząc tysiącami liści palonymi na słońcu. To uwertura do zmiany dekoracji. Ten sceniczny akt, lub filmowy klip ma być dramatem z walką w tle. Ma pokazać wojnę wypowiedzianą przez siły natury cywilizacji za brak jej respektu dla ustanowionego od dawien dawna porządku.
Od zachodu kroczą po niebie dwie dywizje piechoty ubrane w ciemny granat i w budzące grozę stroje nie od parady. Dynamika tego spektaklu jest oszałamiająca.
Pędząca forpoczta w filmowym szyku przedzielonym jasną wstęgą w ciągu
kilkunastu minut opanowuje wszystkie pozycje, zasłaniając reflektory. W szarości, rozjaśnianej na ułamki sekund licznymi eksplozjami, poruszają wiosłami Ula, Joachim, Ryba, Jula, Kaśka i Daniel, młodziutka, dziesięcioletnia Izabella i inni. Po ataku piechoty nadlatują bombowce zrzucając setki ton wody, pioruny i gradobicie. Bombowce nadlatują falami, niezmordowane. Za nimi eskadry bojowych helikopterów, nisko, tuż nad głowami, wtłaczając na dół masy powietrza wyrywające z ziemi krzaki, wiosła z ręki i siecząc salwami ze wszystkich kierunków świata. Każdy
ratuje się gdzie może. Nie wszyscy mogą. Obie Julie, Kaśka, Simona i Daniel
odmawiają na wodzie głośno „Ojcze nasz“. Ula i Joachim tracą równowagę i wpadają w topiel, tracąc Uli fotograficzne serce. Wszyscy zachowują jednak zimną krew. Na „happy and“ nie można się doczekać.
W końcu jednak nadchodzi. Rozegra się pod mostem. Pod mostem w Maluszynie. Tam schronią się zatakowani rozjuszoną naturą wszyscy aktorzy tej filmowej sceny. Tam rozdaje się bohaterom spektaklu suche ciuchy, jak popadnie. Marynarka zdjęta z grubasa po wczorajszym weselu pasuje, ze spodniami od piżamy, dzisiaj na chudą Kaśkę. Poprzebierani i napojeni dzielą się pod mostem wrażeniami z pola walki. Inscenizują radosny happening z tańcem i śpiewem „a capella“, jako dziękczynienie
za ocalenie. Wieczorem dojeżdżają do ocalonych Rima (Janusauskeite) i Krzysiu (Popławski), oboje z Wilna.


Glizda był i jest zawsze taki. Glizda był i jest facetem z patentem na
odpowiedzialność. Odpowiedzialności i dyscypliny nauczyły go prawdopodobnie jaskinie, góry i morze. Niewykluczone, że wyssał je, … wcześniej z mlekiem matki.
Nie wiem. Glizda mawia, że mężczyzna, który codziennie się nie goli, bez względu na warunki atmosferyczne i topograficzne, to nie chłop.
Glizda załatwia aktorom dzisiejszego spektaklu nocleg w domu parafialnym u księdza, … księdza, który zapali papierosa, rzuci przekleństwem na rzeczywistość, …u księdza, który być może napił by się też i wódki, gdyby mu zaproponowano, …u księdza, który powinien zostać raczej generałem, albo przynajmniej marszałkiem przez swoje przywiązanie do ojczyzny i wyszkolenie wojskowe, albo chociaż tylko
poprzez swoją wizję budowania Polski, lub przez, …przez swoją przeszłość,
z księdzem Jerzym, …Jerzym Popiełuszko, przeszłość spędzoną wspólnie w
przymusowej kompanii w latach studiow.
Taki właśnie jest Glizda. Glizda prowadzący nas świadomie, lub nieświadomie od nic nie znaczącego przypadku, do spotkania, o wartości, …wartości kamienia szlachetnego.


Z Maluszyna wyruszamy do Krzętowa. Juliana Żamoit, studentka Akademii Sztuk Pięknych w Wilnie i w Gdańsku, pozostawia naszkicowany patykiem na plaży w Maluszynie wizerunek kobiety. Wizerunek czaru i siły natury.


Pomiędzy Maluszynem a Krzętowem rzeka się wije, …ale droga prowadzi prosto przez las.
W lesie tym rosną tylko sromotniki. Ktoś wpadł na pomysł by przy drodze w lesie odwiedzanym w jesieni tylko przez naiwnych, lub grzybiarzy pragnących rozprawić się z teściową, postawić pomnik. Ktoś wpadł na pomysł, by w tym lesie oddać hołd sromotnikom, …bohaterom sromotnikom, …bohaterom zabijania się o Polskę.
Zabijano się tutaj słusznie z Niemcem, a jak już Niemca zabrakło i przyszedł Rus to zabijano się też i z Rusem, …i z Polakami.
Rus to Rus najeźdźca, ale to był Polak i to przecie Polak. Strzelali i trafiali, …w lesie, w którym rosną dzisiaj sromotniki. Podrzynali sobie gardła scyzorykiem, wieszali się nawzajem na gałęziach drzew nienawiścią, którą dzisiaj rozwiał już chyba trochę wiatr.
Na skraju drogi powadzącej przez las z Maluszyna do Krzętowa, na wysokości Woli Życińskiej i Bobrownik stoi pomnik. Człowiek ten, który o niego zabiegał zapewne już nie żyje, bo gdyby żył, to i tak by zaraz umarł patrząc dzisiaj na to co pozostało. Człowiek ten należał do bijących się tutaj o Polskę sromotników. Kilku jego towarzyszy z tamtych lat spoczywa niedaleko, na cmetntarzu pod Ciężkowiczkami; kpr. Antoni Wiechowski ps. „Strug“ lat 38, por. Józef Neuman ps. „ Konrad“ lat 32, szer. Władysław Kusa lat 18, por.Wojciech Adamski ps.“Czajka“ lat 23, kpr. Stefan Hałaszczyk ps. „Woda“, lat 40, kpt. Mieczysław Gabryś lat 50, por. Henryk Piasecki ps.“Zapora“ lat 22, por. Józef Olczyk ps. „Kula“ lat 43, p.por. Bronisław Lewoniecki ps. „Kępa“ lat 25.
Autor pomnika przeżył i musiał być człowiekiem niezwykłym.
Na pomiku zapisał on lata 1939-1945, symbol „Polski walczącej“ i nazwiska swoich dziewięciu przyjaciół z AK.
Pomnik ten jest jednak niezwykły również przez pokłon dla lat 1945 – 1956, t.j. dla ludzi, którzy w tym czasie nazywali jego autora i jego dziewięciu przyjaciół swoimi wrogami, …znaczy się dla żołnierzy tzw. Ludowego Wojska Polskiego. Nazwisk tych młodych, nieświadomych ludzi, tych z LWP, …tych którzy mogli by jeszcze dzisiaj żyć, autor pomnika nigdy nie poznał. Autor pomnika zapisał jednak trudną historię Polski na kamieniu szacunkiem dla nich, dla swoich wrogów i szacunkiem dla swoich przyjaciół.
Zapisał je literami z brązu.
Kilka lub kilkanaście lat później inny człowiek, zdeterminowany potrzebą napicia się wódki, zataczając się po drodze z Maluszyna do Krzętowa, przystanął i przywalił w tę historię odlaną krwią i metalem z brązu, młotem. Co za huj przyspawał to ciulstwo tutaj – wybełgotał, siedząc w półmroku, na mokrej ziemi, … nie mogąc odbić litery „A“ i litery „K“ oraz liter „PW“.
Z innymi poszło łatwiej.
Zebrany materiał powędrował do składnicy złomu, gdzie za metale kolorowe płacą dzisiaj całkiem dobrą sumę. Na okaleczonych kamieniach pomnika w lesie pomiędzy Maluszynem i Krzętowem ktoś jednak nadal przynosi świeże kwiaty.


Gospodarstwo Eko-Agroturystyczne w Krzętowie pasuje do obrazu nowej Polski w okresie tzw. transformacji. Malowniczo przerobiona chałupa z oborą, na hotel z restauracją, położona na zielonym wzgórzu. U stóp zarośnięty szuwarami staw pod płaczącymi wierzbami. W Hotelu-Restauracji toalety i łazienka z ciepłą wodą. W restauracji stoły i ławy drewniane. Na ścianach i pod sufitami pozostałości narzędzi codziennego użytku zmarłych dziadków i pradziadków żyjących nie z turystyki, tylko
ze swojej roli na roli. Restauracyjna sala przyciąga atmosferą sielankowości
WESELA-Wajdy z Wyspiańskiego.
Byle by nie zaglądać do kuchni.
Tam ociężałe nogi szurają jeszcze po podłodze sfilcownymi kapciami z czasów Gomóły i Giera. Barowa rozwodniona grzybowa, podana z wielkopańsą łaską na talerzu nie zachęca ani oka, ani żołądka, ani serca. Nie ma uśmiechu ani w zupie ani na twarzach tych, patrząc do góry, od tych sfilcowanych kapci. Tu transformacja nie przedarła się jeszcze poza poziom baru mlecznego na rogu ulicy Żiwkowa Wasilewskiej. Na zewnątrz jest jednak sielsko i anielsko. Czarne świnie spacerują wolno pomiędzy rozbijanymi namiotami. Glizda ochrzania mnie, że niby po co im taki luksus. O nie. Nie chodzi mu o świnie. Po co im te sracze do siedzenia, i ta ciepła woda. Po cholerę im ta grzybowa na zamowienie,… i to boisko do siatkowki. Na Agroturystyki to oni maja jeszcze czas – peroruje w imieniu tych co dzisiaj jeszcze płyną po rzece i w imieniu tych, których wczoraj o mało co nie zatopił deszcz i o mało co nie zabił wiatr i grad. Przecież dopiero co się w niedzielę u siebie w domu wykąpali – mówi. I to wstrętne
ognisko, na które drzewa samemu zbierać nie trzeba i te ławki wokół ogniska poustawiane… – marudzi Glizda, …marudzi tak cały czas, do chwili, aż go wreszcie zew grzybiarza do lasu nie wyciągnie. Marudzi tak, jak by już coś przeczuwał, …przeczuwał to, co mogło by się wydarzyć.


Krótko przed północą przyjeżdżają nareszcie Matka i Nowożeńcy, Agnieszka „Wilejka“ i Dawid „Serce“. Na dachu Forda-combi spoczywa prezent ślubny od KAJMANa, piękny, nowy kajak w kolorze wina z południowej Francji z białym dnem.
Jutro odbędą się chrzciny tej błyszczącej superjednostki wodnej. Dzisiaj przy ognisku „poprawiamy“ wesele. Nowożeńcy, jak przystało, w weselnych strojach. A jakże by inaczej. Agnieszka w sukni „spod ołtarza“ ociera się o płomyki ognia, rozdając weselną nalewkę. Dawid trzyma fason we fraku i w cylindrze. Ludzie jedzą, piją, lulki palą, przy ognisku, siedzą i gadają. Kaśka Bitowit śpiewa cudownie wiersze Marii Konopnickiej. Wygrała konkurs w Wilnie. Kaśka to Katie Melua z nad Wilii. Przed trzema dniami występowała z Danielem Vasilewskim na festiwalu Polonii w Przedbórzu. Znowu zgarnęli medale. Po Kaśce, Dawid-„Serce“ łapie za gitarę i każdego za serce. Dzisiaj to premiera. Dawid prezentuje swoją kompozycję, piosenki do słów Wacława Korabiewicza „Włóczęga“. Niezwykła jest ta kompozycja do bardzo niezwykłego I niełatwego do zaśpiewania tekstu. Niezwykła jest też interpretacja tego tekstu przez Dawida. Światowa to premiera wzruszającej poezji KILOMETRA, która po przeszło osiemdziesięciu latach doczekała się umuzykalnienia.


Tego, co by się mogło wydarzyć, nikt nie był w stanie przewidzieć. Może tylko Glizda to czuł, że to coś wisi w powietrzu. Może też dla tego był wczoraj taki nudny i marudny.
To że przeżył, graniczy z cudem. Nie, …nie Glizda, tylko jego syn Wojtek. I to w tej łazience Agroturystyki, łazience, która „nikomu i do niczego nie była potrzebna“. Lot Wojtka w kierunku ziemi był kontrolowany do czasu, kiedy na trajektorii nie pojawiła się nieplanowana przeszkoda. Metalowy kran. Złe naprowadzanie, czy błąd ludzki,…nie wiadomo. Wyjaśnieniem okoliczności zajmuje się specjalna komisja.Tym razem skończyło się na szczęście tylko na wybitym zębie, …ale ja wiem przecież jak to mogło by się zakończyć. Pamiętam jak Amur, to taka ryba z Syberii, którą w zastępstwie Karpia, bo był wtedy kryzys Karpia, mój ojciec przyniósł do domu z przydziału, kiedyś przed świętami, jeszcze za Gomółki, wyskakiwał stale z wanny na podłogę. Jak wyskoczył, to się go z powrotem do tej wanny wrzucało. Nie kąpał się wtedy nikt, ale on tego nie rozumiał. Wyskakiwał tak do czasu, aż nie przywalił cholernik łbem w wystający kran. No i zabił się biedak na śmierć,…i to dwa tygodnie przed Wigilią.


Z Krzętowa wypłynęliśmy do Przedbórza.


„A zapowiadał się taki piękny dzień. Już mieliśmy wejść na karuzelę“, jak
nazywałem wiry na Pilicy, gdy nagle zmroziło mi krew w żyłach. Rzeka przybrała już na tyle, że ledwie co mieściła się pod drewnianym mostem. Mówiłem rano, …do jasnej cholery nie przepływać, tylko przenosić. Część ludzi przecisnęła się jednak jakoś przez wąskie światło pod spodem.
„Wilejkę“ i „Serce“ i ich dopiero przed kilkoma godzinami ochrzczony i zwodowany kajak, odłowiły jednak przęsła mostu. Kajak był już pod wodą. Dawid samotnie wisiał obejmując wystającą podkładową belkę, starając się nogami wyciągnąć łódkę na powierzchnię. Agnieszka stała już u góry. Na szczęście stała już na moście. Stała bezradnie, nie mogąc Dawidowi pomóc. Dawid powoli tracił siły. Zsuwał się centymetr po centymetrze w topiel. Jeszcze chwila i zniknie – pomyślałem, …a tam przecież „karuzela“. Wodna karuzela wciągająca do samego dna. Nie mogłem nic zrobić. Walczyłem z dzielną z moją załogą, czternastoletnią Kasią, starając się przybić do brzegu, by podbiec do Dawida i by nie podzielić jego losu.
Pomoc otrzymał od komandosów z Wilna. Krzysiek i Rima, podpłynęli pierwsi z przeciwnej strony mostu, ostro walcząc z prądem. Krzysiek wskoczył na most i wyciągnął Dawida z wody w ostatniej chwili. Za nimi podpłynęli pod prąd pozostali. Dorota i Mariusz, Artur i Agata, Andrzej i Krysia. Uratowali kajak. Wspaniała solidarność. Solidarność z rozbitkami. Z rozbitkami na wodzie, ale nie tylko.
Serce, …moje własne serce łomotalo częstoskurczem nie do opanowania.
Oczyma wyobraźni widziałem ponownie karawaniarzy i sto zaprzężonych koni.


Dopływamy do Przedbórza. Co to za wspaniałe miejsce prawdziwej historii Polski.Przyjeżdżali tu na łowy królowie Kazimierz Wielki i Władysław Jagiełło. Kazimierz Wielki w 1370 roku nadał Przedbórzanom prawa miejskie. Król Jagiełło nie chciał być gorszy i właśnie tutaj, w Przedbórzu nadał w 1423 też prawa miejskie, ale komu? Mieszkańcom Łodzi. Dlaczego właśnie w Przedbórzu dla Łodzi? Tego nie wiem.
Zapytam o to kiedyś moich przyjaciół z miasta z łódką w herbie.
W każdym razie D-N-Jama opowiada, że w XVI w Przedbórzu piwo smakowało w Polsce najlepiej, czyli wybornie. Wierzę mu, znając jego umiejętność zapamiętywania szczegółów, nawet niewartych zapamiętania. W czasie powstania styczniowego skutecznie bito w Przedbórzu Moskala, a później Hubal dzielnie dobierał się do wroga.
Zbudowany w 1830 w Przedbórzu piękny ratusz, przetrwał do dzisiaj.
Wieczorem do Przedbórza dotarła do nas Pani Dr. Teresa (Kurzawa z.d. Ponejko).


„Ryba“ (Krysia Szymik) była postacią KAJMANA zawsze. Kiedy się Ryba w Kajmanie pojawiła, nikt tego nie wie, … nikt dokładnie. Kiedy zniknęła też nie da się tego ustalić, …bo Ryba była zawsze. Była jak Ci wszyscy, którzy byli, którzy odchodzą i którzy z powrotem wracają. Kto pierwszy nazwał Rybę Rybą, nie wiadomo. Dlaczego? Też sprawa jest niejasna. Wypytując na jej temat przyjaciół można usłyszeć, że Ryba uczyła się pływac pod okiem niewiele od niej starszego doktora Korabiewicza, a podczas wojny polsko bolszewickiej była sanitariuszką. Szlak bojowy od Lenino do Berlina przeszła bohatersko nie odnosząc żadnych ran, …choć bluzki na jej piersi podziurawione były jak sito, seriami erkaemow. Mimo to Ryba zachowała do dzisiaj swą piękną sylwetkę kobiety, pozujacej kiedyś do pomnika „Syrenki“ w Warszawie, a nawet do pomnika „Króla Wladysława Jagiełły“ w Krakowie. Z jej oficjalnie podawanego w internecie życiorysu wynika tylko to, że ma dwoje dzieci, jednego wnuczka, w wieku dwóch lat, i czternastu prawnuków, … i że niedawno poślubiła kolejnego męża, Andrzeja Tarszkiewicza.
Ich oficjalne uroczystosci powiązania miały miejsce 29 maja 2010 w Rudach, w Bazylice (Sanktuarium Matki Boskiej Rudzkiej-Pokornej) z udziałem dostojnej reprezentacji KAJMANA, w osobach Glizdy i Gliździny. Nieofocjalnie mówi się jednak, że do prawdziwych zaślubin i wesela doszło dopiero 18 sierpna 2010 nad brzegiem Pilicy w Przedbórzu. Komu tu wierzyć, nie wiadomo.
Naoczni świadkowie tych wydarzeń twierdzą, że widzieli, jak Ryba wychodząc z wody odziana była w białą suknię ślubną. U jej boku widziano też mężczyznę, poruszającego się nadzwyczaj dostojnie we fraku i w cylindrze. W świetle ogniska jaskrawie odcinały się bielą, jego wypielęgnowane, ostre jak nóż do ściągania rybich łusek, błyszczące zęby i koszula z markowymi mankietami. Prawdziwy galant, zauważono. Nic, tylko musi Rybołów, szeptano po bokach z podziwem. Pospólstwu temu, które grzało się właśnie przy ognisku i niezwykłe było ogladać takiej swietnosci sfery, Ryba i Rybołów zaproponowali weselną wódkę. Na tę że propozycję, ta pospolita gawiedź przystała jednak dopiero po długiej przemowie i żarliwej namowie Nowożeńców. I tak to w Przedbórzu weselono się ponownie, po raz drugi już nad brzegiem Pilicy. Rzekę Pilicę uznano za dajacą wyjątkowe szczęście każdej młodej parze, pod warunkem, że wypełni ona w niej święty obrządek kąpieli, bez względu na pogodę, oraz porę dnia i roku. Podochoceni plebejusze postanowili tego wieczora utworzyć nawet nową partię polityczną o nazwie „Pilica Partia Rozumu“, w skrocie PPR, albo „Kochające Pilicę Zrzeszenie Rybołowów“, w skrocie KPZR, operujące takimi hasłami wyborczymi jak, „rzeka jest mądra, rzeka cię sama do celu zaniesie“, hasła zapożyczonego od słynnego greckiego filozofa Poliponerosa, przybywającego tymczasowo na wygnaniu w Kanadzie, oraz hasła „nie można, ale trzeba“, zapożyczonego od brata filozofa Poliponerosa, dzielnego Wojaka Szwejka. Wesele Ryby i Rybołowa zakończono zgodnie przed świtem. Rybę i Rybołowa widziano podobno jeszcze później, jak zmierzali rankem, czule się obejmując, w kierunku wody.


Z Przedbórza KAJMAN popłynął do Placowki, a z tamtąd dalej do Sulejowa. Tam na zakończenie pojawili się Tomek (Iwasiuk) z małżonką i „KosaNostra“ (Andrzej Tomczak) z motocyklem Jamaha. No ale jak tu nie pojawić się w Sulejowie, skoro Opactwo tu mają od Kazia Sprawiedliwego, a prawa miejskie od samego Władzia Łokietka. To właśnie w tym miejscu Władziu, wraz z innymi, równymi sobie kolesiami, w 1308, postanowił, że zrujnowana podziałami Polska będzie na nowo do życia powołana, a on Władziu jej królem zostanie.


Tu w Sulejowie Piliczanie zakończyli też swoje spotkanie. Jedni pojechali w Polskę do domow, do czystych łazienek, do wygodnych łóżek i do szpitali. Inni z kolei wrócili szczęśliwie na Litwę.
Obiecali sobie spotkać się znowu, przy następnej okazji.


Kiedy otworzyłem oczy ujrzałem błękit nieba. W pryzmacie kalejdoskopu obracanego dowolnie ręką w ostrym świetle, na prawo lub na lewo, pojawiały się twarze aniołów zlatujących się do mnie tak, jak do centrum jakiegoś universum. Przyznam, że byłem tym trochę zażenowany.
Słowa Uli „nie czuję tętna“ i słowa D-N-Jamy „wszystko będzie dobrze,
zobaczysz,…mam przecież znajomych karawaniarzy“,… uświadomiły mi, że jestem już w niebycie. Obecność aniołów przekonała mnie jednak do innej hipotezy.
Zrozumiałem nagle, że znalazłem się w niebie.
Anioły przeniosły mnie z namiotu nad Pilicą do białej pościeli. Anioły karmiły mnie stale swoim sercem.
Cudowne anioły w niebie nad Polską, anioły z Polski i cudowne anioły nadlatujące z nieba nad Litwą.
Nie wiem czy można,…nie wiem czy dziękuje się aniołom za ich anielską robotę.
Na wszelki wypadek pozostawiłem dla nich w moim sercu przestrzeń w której zawsze je nakarmię, ogrzeję i gdzie zawsze będą mogły czuć się bezpiecznie.


post scriptum
zamiast
posthum


Leżąc nieruchomo w białej pościeli wsłuchiwałem się w odgłosy oddychających aparatów, aparatów rejestrujących rytmy i w rozmowy moich siąsiadów.
Rozmowa ich przedzielona była parawanami z czystego jasnego materiału
i moją pościelą. Wolno, bardzo powoli przelatywały nad moją głową słowa. Z prawa na lewo. Rzadziej odwrotnie.
Spotkali my się na ogródku – szeptał z trudem.
I tak jak to w sobota, otworzyli my halba. Unego pies nie pioł ino latoł tam i nazod, jakby boł trocha wkurwiony na nos, że my tak se siedzimy. Ani rozki na nos nie spojrzoł. A to boła tako du…uuupno bestia. Tako dupno jak taki lyw, ino bardziej włochaty.
Jak lyw – pedosz?
No, godom ci taki jak ten lyw, ino trocha bardziej włochaty – odpowiadał ,… wolno i
z trudem.
No i co?
No tyn lyw, znaczy sie ta bestio, lotała tak i lotała, …tak bez rozumu …i jak my sie już za ta druga halba chycili, un nagle myk i nima,…furgnoł bez płot do somsiodki.
Do somsiodki – godosz?
Godom ci do somsiodki – żachnął się zdenerwowany.
A ona tako fajno kobita – westchnął, …godom ci, taaako fajno kobita, …ino że w tym ogródku od niej to latoł taki bioły haz. Somsiodka nom godoła, że to angor i że un mo geburtskunde,…i mo matka i łoćca zapisane na papiórach.
Matka i łoćca ma haz na papiórach?
Aaa jooo, … aaa jooo.
No i co z tym haz?
Ano. Z tym haz… – nabierał wolno powietrze.
My byli jeszcze przy drugiej halbie jak przylatuje ta bestio, ten lyw, …merdo szwancym
… i co un mo w pysku?
No co?
No co. No co. Tygo Haza!! Biołego haza mojej somsiodki – dyszał zdenerwowany.
A umaraszony był un taki,… i łopklazdrany był tyn haz tom ziymiom, tym pioskiem i tom glinom.
Haz boł ale tot. Haz boł tot, jak tyn un, łod onej, tyn co go bana ucapiła. … Blank kaput.
Tot?
A jo. Godom ci blank tot.
To jo żech ta halba co u nos stała,… to jo żech jom zarozki zapomnioł. Złapoł żech zaroz tego haza, wyrwoł go z pyska tego lywa i pognoł do łaziynki. Wypucowoł żech go, namydlił, szamponem na łupież namaścił, wypłukoł, wyfynowoł, wyfryzowoł, a że ciemno już boło, to żech go zaro wciepnoł nazod do tego kefiga od somsiodki, co by myślała, że to un u niej zdych.
Neee…. , i co dali?
No nic.
Jak my juz ta trzecia halba obalili, to un i tyn lyw poszli do dom, a jo do wyra, …ale w tyn nastympny dzień, morgen…
Co morgen?
..morgen w wyrku to jo żech mioł gowa jak ta birna, …blank ganc fol. Ale ktoś klupoł już do mie. Wienc żech wstoł i zlozł żech na doł. Otwierom dźwi i kogo widza. Moja somsiodka.
Jerunie – myśla. Zarozki bydzie haja o tyn haz. I una godo i godo, a jo niewiela z tego rozumia bo mom birna jak ta banio. Jo nic nie godom, a una pokazuje rencami na onej ogródek i pedo, że onej haz zdych. To jo jej godom, że jo jom bedałeruja, że mi onej żol, a ona pedo, że przedwczoraj zagrabała una tego haza, tam pod drzywem, a un dzisio znowu wloz w onej kefig,… i wyglondo jak blank noj.
To jo kręca gowom i pokazuja, że jo nic nie rozumia,… i żech już więcyj nic do onej nie pedzioł, bo żech mioł ta birna od zarozki nie jak jedno, ino jak ty dwie banie.